Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty

9/16/2015

Zirytowana matka sześć i jedna druga.

Zirytowana matka sześć i jedna druga.

Ktoś, kto czyta mojego bloga regularnie wie, że uczę się cały czas cierpliwości do naszego Małego Człowieka. Uczę się go każdego dnia. Uczę się jego mowy. Uczę siebie i uczę jego. I mimo, że kocham go z każdym dniem co raz mocniej to są rzeczy, które mnie w nim irytują. O, tak! Na przykład, kiedy wymachuje widelcem pełnym buraczków nad sobą, mną i świeżo zmyta podłogą. Wymachuje, bo zapomniał, że widelec jest pełny i że w ogóle ma widelec, bo właśnie odkrył coś niesamowitego! Tak bywa. I irytuje mnie, że w nocy stęka i zaśnie dopiero jak się walnie na moim żołądku lub w lepszym przypadku na moich plecach. Ale potem jak patrzę na niego, jak śpi wtulony we mnie lub Mr. T., na jego roześmianą buzię przy obiedzie, to mi mija. Wszystko!

A co mnie bardziej irytuje, niż małe 'wady' Małego Człowieka? Ach wiele rzeczy, ale dziś o jednej z nich. O gatunku mnie podobnym, czyli o mamach. I tu muszę na chwilę odsapnąć, bo mi skacze ciśnienie. Czytelnicy moi wiedzą, że irytują mnie zapieluszkowane i spapusiałe mamusie, które są idealne: nie złoszczą się na dziecię swe, nie krzyczą, a już broń Boże rękę podnieść! Zawsze mają ugotowane, paznokcie pomalowane, są wyspane i jeszcze obowiązkowo mają bloga zaktualizowanego. I nie przeszkadza im, że ich dziecię lat 3 z groszem regularnie i z upodobaniem wali kupę w gacie! Nie mają problemu z tym, że dziecko dulda smoczka przy każdej okazji do 6 roku życia, a do tego pije z 'buteleczki ze smoczusiem. W końcu to takie urocze... ' Nie zwracają większej uwagi na galopującą próchnicę, bo przecież "to tylko mleczaki". Dlatego dzieci piją napoje słodzone, gazowane - pyszniusie! A do tego zagryzają wszystko serowym chrupkiem z witaminami E-ileś-tam. Niech córcia wyzywa inne dzieci na placu zabaw! Niech się uczy walczyć o swoje! Ach przecież to takie drobiazgi! Hę?!

No i tak właśnie mniej więcej to wygląda. Mamusie nie przejmują się tymi wszystkimi 'drobiazgami'. I tylko przypominają: 'nie karać! nie krzyczeć! nie ma czegoś takiego, jak klaps wychowawczy! stop przemocy! bezstresowe wychowanie!' A co dalej?...


PS: Żeby była jasność: jestem przeciwna PRZEMOCY wobec dziecka.





6/28/2015

Babie z wózkiem nie jest lżej

Babie z wózkiem nie jest lżej

Czy ja już narzekałam na swój los matki z wózkiem? Pewnie tak, ale ostatnio tak mi się właśnie przekombinowało to stare powiedzonko, bo jak idę ulicą, to... I tu każdemu według potrzeb. Najlepiej pasuje jakaś wiązanka typu: krew mnie ku**a zalewa!

Pomijając już totalny brak empatii tudzież umiejętności parkowania u kierowców płci wszelakiej, czyli zastawione przejścia, podjazdy i w ogóle całe chodniczki. Machając ręką na tych władców kierownicy, którzy za nic się nie zatrzymają na przejściu dla pieszych, nie przepuszczą, a czasem nawet nie zwolnią przejeżdżając przez pasy po moich piętach. To dodam dużą część narodu, która co niedziela klęczy modląc się o "przyszłość narodu", czyli młodych, którzy na ich emerytury zapitalać będą.

Żyjąc w niewielkim mieście już mam dosyć tego sapania na targu, "bo czego tak stoi?!". Stoi, bo przejście wąskie, ludzie lezą i nikt nie przepuści!! Stoi, bo naród stanąć nie chce!!

Nie oczekuję czerwonych dywanów, ruchomych podjazdów i chodników na pojazdy ponad gabarytowe. Tylko trochę zrozumienia, że z dzieckiem, z wózkiem też chcę iść, zrobić zakupy, żyć normalnie. Bo ja mam dwie sprawne nogi i dziecko w wózku. A co z tymi, którzy musieli dwie nogi na koła zamienić...?





5/06/2015

"Nie, nie, nie...!" Czyli bunt po raz pierwszy

"Nie, nie, nie...!" Czyli bunt po raz pierwszy

No to się zaczęło. Mały Człowiek się nauczył pierwszego w życiu słowa i zaczął asertywnie: "nie, nie, nie!". Macha przy tym rączką lub paluszkiem. Grozi i zaprzecza gestem. "Nie, nie, nie! Nie wolno, ale co mi tam!?" I robi swoje. Czasem przechodzi do poważniejszych argumentów, czyli histerii. No ciekawe jest to zjawisko, bo wtedy Mały Człowiek robi się czerwony na całej głowie, nie tylko twarzy ;) Krzyczy, ale łez nie ma. I już się rozgląda: czy można, czy pozwolą, odpuszczą, a może wykombinować coś innego?

I do tego dochodzą tak zwane "zabawy z bronią". Zabawki są nudne. Lepsze są drzwi, szuflady i wszystkie te dziwne przedmioty, które dorośli (nie wiedzieć czemu) odsuwają co raz dalej od krawędzi stołu. A potem można sobie nawet popłakać, jak się palce przytnie, albo jak nie chcą tego noża z kuchennego blatu dać!

Co robić? Przeczekać. No bo dać nóż trochę niebezpiecznie. Wytrzymać wszystkie napady histerii. Zatkać uszy. Zamknąć oczy. Chyba, że jakaś zabawa nie grozi amputacją kończyn, to czuwać. Pozwolić bawić się szufladą, ale czuwać... Przytrzaśnie palce trzy razy, to się nauczy... ;)





1/19/2015

Zwyczaje Małego Człowieka

Zwyczaje Małego Człowieka

Im dłużej się żyje z Małym Człowiekiem, tym lepiej się go poznaje. Rzecz zdawałoby się oczywista, a jednak...! Nie jest to takie proste i oczywiste, bo Mały Człowiek zmienia się z dnia na dzień i nie jest to przesada. Udało mi się jednak wypracować pewne porozumienie z Małym Człowiekiem i jakoś tak się dogadujemy, a jak się nie dogadujemy, to sobie pokrzyczymy.

W dalszej części moich rozważań przedstawię kilka krótkich rozdziałów opisujących podstawowe zwyczaje Małego Człowieka, które mimo zmian zachodzących wewnątrz Małego Człowieka pozostają niezmienione... No proszę. Brzmi jak fragment wstępu do pracy magisterskiej, a toż to samo życie przecież ;)

Rozdzialik pierwszy – sen Małego Człowieka. 

Generalnie Mały Człowiek śpi jak każdy człowiek, czyli w nocy. Jednak w ciągu dnia Mały Człowiek z uwielbieniem udaje się na małe drzemki. I Mały Człowiek zawsze akurat chce spać nie w porę. To znaczy nie wtedy, kiedy by mama tego chciała. Bo generalnie, to mama sobie wymyśla. Na przykład mama chce spać o piątej nad ranem. Bzdura! No to mama się nosem podpiera, a Mały Człowiek na pełnych obrotach zapitala przez całe mieszkanie. A kiedy Mały Człowiek w końcu pada, to mama musi akurat obiad ugotować, pranie rozwiesić i takie tam. Czasem mama jednak ma w nosie pranie, sprzątanie i gotowanie i pada obok Małego Człowieka. Ze spaniem w nocy też czasem zdarza się skucha. Bo a to Mały Człowiek jakoś tak zgłodnieje, albo zęby mu rosną, albo dochodzi do wniosku w środku nocy mamy, czyli około 5:00 nad ranem, że jest całkowicie wyspany i czas na zabawę! Ale o tym już chyba wspominałam…

Rozdzialik drugi – proces zasypiania 

Skoro już jesteśmy przy śnie Małego Człowieka przeanalizujmy pokrótce proces zasypiania. Mały człowiek zaczyna marudzić. Skoro jest najedzony i ma sucho w gaciach zakładamy, że nadchodzi czas na drzemkę. Tak więc obserwujemy baczniej Małego Człowieka. I wtedy nadchodzi ziewnięcie. Skromnie skrywane pod pozorem uśmiechu. Tak, żeby mama się nie do końca zorientowała. Ale mama już wie, bo do tego Mały Człowiek robi się nieco nerwowy wobec swoich zabawek i powieka mu lekko lata. Tak więc mama pakuje Małego Człowiek do łóżeczka i zaczyna pacyfikować. Niestety w tym momencie włącza się zasilanie awaryjne. Mały Człowiek wstaje i pełen werwy skacze w łóżeczku. Mama już to wypróbowała i walka ta doprowadza do krzyku – głównie Małego Człowieka oczywiście. Poza tym już wcześniej ustaliliśmy, że mama jest wyrodną matką i idzie na łatwiznę. Tak więc od jakiegoś czasu po pierwszym ziewnięciu, tarciu nosa i rozrzuceniu klocków z rozmachem po całym domu mama wsadza Małego Człowieka do wózka i ‘buja’. Jeździ tym wózkiem po pokoju na trasie 2 metry w przód i z powrotem. A Mały Człowiek dynda głową w dół, bo kółka się tak fajnie kręcą. Wstaje. I takie tam, ale na pewno nie idzie spać. Oczy ma już na zapałki, ale przecież wcale nie jest śpiący. No! I wtedy zasilanie awaryjne pada! I Mały Człowiek też pada. Zdarza się, że na siedząco, ale mama mimo, że jest wyrodna bierze delikwenta delikatnie i zanosi do łóżeczka. Teraz kocyk i dobranoc. Na max 1,5 godzinki, bo jak więcej, to w nocy nie pośpi... Ani Mały Człowiek, ani tym bardziej mama. 

Rozdzialik trzeci – jak je Mały Człowiek

Generalnie od jakiegoś czasu mama ma ten komfort, że gdy Mały Człowiek robi się głodny, to zaczyna mówić ‘mniam’ lub ‘am’. Ważne by tego nie przegapić, bo jak mamie umknie w tym jego gaduleniu, to klapa! Jednak nie to jest najgorsze! Generalnie z jedzeniem jakoś opanowaliśmy temat: nie teraz, to za pół godziny. Bo nawet czasem po ‘mniam’ Mały Człowiek stwierdza, że tak właściwie, to żartował. Najgorsze jest machanie ręką z okrzykiem ‘nie, nie, nie!’ zanim jeszcze spróbuje. Wtedy cała zawartość ląduje na podłodze/ścianie/mamie (niepotrzebne skreślić). Kiedy mama po kilku próbach i maseczce spożywczej na twarzy rezygnuje Mały Człowiek rzuca się na nogi Mr. T, który akurat je kanapkę z kiełbasą i domaga się ‘gryza’. Krótko mówiąc Małemu Człowiekowi smakuje najbardziej to, co je akurat ktoś inny. Ale zaraz, zaraz! Muszę tu jeszcze pochwalić Małego Człowiek, który mimo wszystko je dzielnie praktycznie wszystko! Tak więc zwykle nie jest źle.

Rozdzialik czwarty – absurdy, paradoksy i inne sprzeczności

Tu krótko i na temat. Jak podsumowanie. 

1. Mały Człowiek nie pójdzie spać, póki jest głodny, ale nie będzie jadł, kiedy jest zmęczony.
2. Mały Człowiek nie pójdzie spać, bo NIE!
3. Mały Człowiek chce na ręce, ale jednocześnie stać przy kanapie i iść do pokoju.
4. Mały Człowiek chce spróbować wszystkiego, co jedzą dorośli choćby miał się zapluć po skarpetki

I chyba jest tego jeszcze więcej, ale już nie wiem, bo Mały Człowiek właśnie zasnął, więc trzeba skorzystać.


PS: Aha! I zapomniałam jeszcze tylko dodać, że tak naprawdę, to w zachowaniu Małego Człowieka nie ma żadnej powtarzalności, za wcześnie na przyzwyczajenia. Tak, jak u każdego człowieka wszystko zależy od dnia. Gorzej, że to właśnie my w tej całej chaotycznej plątaninie zachowań i gestów, z tych prób komunikacji werbalnej musimy odgadnąć czego Mały Człowiek chce, potrzebuje. A powyższe to tylko takie tam... ;)






12/03/2014

Wyrodna matka

Wyrodna matka

Noooo! I wyszło szydło z worka! Sprawdzałam, czytałam, rozmyślałam i analizowałam na wszystkie strony, w tę i z powrotem! I niestety okazało się, że jestem wyrodną matką! O zgrozo! I co ja teraz biedna zrobię?!

Jak do tego doszło? Już piszę. Z racji swojej sytuacji, która nieprzerwanie trwa od dziesięciu miesięcy i jeszcze trochę potrwa, czyli z racji bycia mamą Małego Człowiek bywam na forach 'parentingowych' (nie wiem czemu nie może się to nazywać jakoś po polsku?!). Kumpela mówi: "wybij sobie fora z głowy!!" Ale ja czasem czytam, bo jestem mamą pierwszego w moim życiu Małego Człowieka, to czasem chcę coś tam skonsultować. I ostatnio zaczęłam czytać też rozważania mam blogujących. Sama jestem blogującą mamą, ale... Nie dokończę, bo nie chce urażać wrażliwej populacji. I ja nie wiem, ja chyba czegoś nie rozumiem... Pytać na forum, co zrobić z wysypką na pupie niemowlaka? Iść do lekarza kobieto!! Jego zapytać!! A na blogach: plan na wyprawkę dla noworodka - jak policzyłam dobre 4-5 tysięcy. A celebrytów się czepiamy! Ja nie kupiłam połowy z tych rzeczy! O ja wyrodna matka! No i karmienie. Metoda "BMW"* Co to do cholery jest?! Ja nie wiedziałam, że takie coś istnieje, a okazało się, że to stosowałam, niby tak - po prostu. No ale oczywiście wyszło na to, że całkiem źle stosowałam! Wyrodna, jak nic! A spacerki? Nie mam w torbie zapasów na trzy dni, trzech zmian ubrania i przekąsek: "warzywek gotowanych na parze". Idę tylko do marketu po kisiel dla Bąbla! To po co mi to wszystko?! No i znowu się okazało, że matką dobrą to ja nie jestem! I tak dalej, i tak dalej...i dalej...

Ja zauważyłam, że generalnie mamy dzielą się na kilka kategorii. Na wiele kategorii... Ale mają one część wspólną. Te mamy i kategorie w sumie też. Każda chce udowodnić, że jest najlepszą mamą na świecie, że sobie ze wszystkim świetnie radzi w nocy o północy i o każdej innej porze. Że o wszystkim pamięta, na wszystko ma czas i jeszcze bloga poprowadzi, i doradzi, i warzywa na parze ugotuje. Że umie pogodzić swój świat, swoje potrzeby z pieluchami, klockami i zafajdaną jedzeniem kuchnią. A przy tym wszystkim, jednocześnie w tych marchewkach i brokułach żalą się, że takie to życie ciężkie, bo dzieci cię nawet w łazience znajdą, bo dzieci rozrabiają i trzeba z nimi chodzić na spacerki, a tam na blogu fanki czekają... Hę?!

Heh... Ja przepraszam, tak chyba... Ja się w sumie nie czepiam. Każdy to przeżywa, jak chce, jak umie, jak mu się w życiu i głowie ułoży. Ja już będę grzeczna! Nie krytykuję, broń Boże! Ale jakoś czkawki już dostaję i muszę sobie zrobić przerwę od pieluszkowych blogów, forum, na którym i tak niewiele się dowiem i całej tej "parentingowej" paplaniny.

Powiem więcej! Ja, wyrodna matka, jestem niedospana, czasem zniecierpliwiona brakiem komunikacji z Małym Człowiekiem, ale zamiast czytać fora i blogi obserwuje moje dziecko i uczę się go na pamięć...

I jeszcze jedno. Jakiś czas temu Przyjaciółka moja powiedziała: "dzieci dzielą się na te czyste i te szczęśliwe". No to nasz Mały Człowiek jest zdecydowanie szczęśliwy, a że czasem się jeszcze uda, że jest czysty... ;)





PS: oczywiście moje dziecko jest zadbane i wychuchane! A że czasem się wysmaruje jogurtem od stiopy po kędzior na głowie, to już inna bajka...


* BLW! Wiem! Ironizuję...









4/01/2014

"Do łezki łezka..." - zbieranie chwil, minut, godzin...

"Do łezki łezka..." - zbieranie chwil, minut, godzin...

Uwaga! Tekst może zawierać treści obraźliwe dla ludzi o radykalnie poprawnych poglądach na rodzicielstwo. Opisuje bowiem emocje, które towarzyszą wielu rodzicom, ale niewielu z nich przyzna się do nich otwarcie i oficjalnie.

Mamy Małego Człowieka... Nie! Jeszcze raz, bo stwierdzenie "posiadać dzieci" zawsze kojarzyło mi się bardzo przedmiotowo. W końcu dzieci to takie mini ludziki, więc dużo bardziej wolę: jesteśmy rodzicami Małego Człowieka. I co? I jest dziwnie. Kiedy o trzeciej w nocy wisi mi głowa nad jego ciałkiem przyssanym do mojej piersi myślę sobie: "do łezki łezka...", bo jakoś te trzy słowa najlepiej oddają wszystko, co dzieje się w pierwszych tygodniach rodzicielstwa, kiedy to zbieramy krótkie chwile wszystkiego, żeby przetrwać, żeby nie zwariować, żeby nie stracić siebie samego i siebie nawzajem.

Czy rodzicielstwu od pierwszych chwil towarzyszą jedynie pozytywne emocje? No raczej, że nie! Przyznanie się jednak do emocji lekko pejoratywnych i narzekanie na fakt bycia rodzicem wywołuje niestety nerwowa dyskusję, że "po co i na co sobie dziecko zrobili?!"* Ja jestem najszczęśliwsza na świecie, że jestem mamą zdrowego Małego Człowieka. Nie znaczy to jednak, że od chwili jego narodzin mam być wyprana z żalu, smutku, złości, irytacji, że mam założyć aureolę i ze stoickim spokojem, z niezachwianą cierpliwością znosić każdy dzień. 

Aureola niestety spadła mi na szyje i trochę uciska. I są chwile, kiedy zachłystuję się własnym gilem, bo dzieciok płacze od rana do nocy i nie wiem już, co z Małym Człowiekiem zrobić?! Są chwile, że zdecydowanie tracę cierpliwość i zanim wezmę Małego Człowieka na ręce muszę policzyć do dziesięciu, żeby nie krzyknąć, bo Mały Człowiek i tak nic nie zrozumie. A są też chwile - uwaga! - że patrzę na niego i nie dowierzam. Wydaje mi się to tak nierealne, że on jest nasz i już tak zostanie, że to już tak na zawsze. Że to jest nasz Mały Człowiek i nie ma zwrotów, odwrotu...

Tak więc jako szczęśliwa ponad miarę matka zbieram chwile, kiedy Mały Człowiek się do mnie uśmiecha, kiedy gu-ga sobie na mój widok, kiedy śpi, a ja mogę w końcu odetchnąć. Kolekcjonuję je, żeby w chwilach tych gorszych, kiedy nie mam już siły na nic przypomnieć sobie, jego uśmiech, pomyśleć jak bardzo go kocham i odpuścić wszystko inne...


*znam takich, co faktycznie nie wiem, po co zdecydowali się na dziecko, ale na ten temat spuszczę zasłonę milczenia...






4/01/2014

Nowe super-moce Matki Karmiącej

Nowe super-moce Matki Karmiącej

Zasypianie w 30 sekund od zamknięcia oczu.






3/14/2014

Z cyklu "Małe marzenia Matki Karmiącej"

Z cyklu "Małe marzenia Matki Karmiącej"

Małe marzenie numer 2: przespać jednym ciągiem 4-5 godzin... bo o przespaniu całej nocy jeszcze nie śmiem marzyć...






3/07/2014

Gry strategiczne, czyli początki wychowania Małego Człowieka

Gry strategiczne, czyli początki wychowania Małego Człowieka

Tekst dedykuję mojej cudownej Koleżance, mamie dwóch cudownych dziewczynek oraz mojej Położnej, której rady wylały miód na moje serce w rozterce.

Przychodzi niemowlę do terapeuty i mówi: 'a-gu-ga ghe e-e-e blum'. Na co terapeuta odpowiada: 'powiadasz, że rodzice cię nie rozumieją?'

Czy ktoś nie widział mojej instrukcji obsługi do Małego Człowieka? Nie? A może moja się gdzieś zgubiła na porodówce? Nie? Nie dali?! Nie dają instrukcji obsługi Małych Człowieków?!To jak ja mam ogarnąć te wszystkie płacze, stęki, krzyki i jęki? Jak go uśpić, kiedy karmić? Musze polegać na sobie...

Pierwsze dni i tygodnie są jak gra strategiczna tylko, że tu nie obowiązują żadne zasady. Są pewne wytyczne, są niezliczone przykłady i przypadki, i z całej tej puli musimy wybrać coś dla siebie i dla swojego Małego Człowieka. Próbowałam się w tym odnaleźć. Usystematyzować wiedzę podaną w książkach i na mądrych stronach z poradami. Ale poległam. Mały Człowiek z upodobaniem wisiał na mnie i mojej piersi przez dwadzieścia godzin na dobę i z jeszcze większym upodobaniem krzyczał wniebogłosy do utraty tchu i koloru purpury na całym małym ciałku.

Nie pomogła nawet genialna skądinąd książka Tracy Hogg "Język niemowląt", bo moje niemowlę dawało oznaki zmęczenia i głodu jednocześnie i nie wiedziałam nigdy, co wygra: głód czy zmęczenie? Czy jest bardziej śpiący, czy bardziej głodny? Czy już go kłaść do łóżeczka, czy najpierw przystawić do cyca?! 

I tak mijały dni pełne frustracji i zwątpienia. Wypełnione głosami, że z moim Małym Człowiekiem jest coś nie tak, bo "moje dziecko jadło pięć minut i ślicznie spało w swoim łóżeczku", a tak w ogóle to ja wszystko robię źle i "dopiero będę miała!" Wypełnione płaczem Małego Człowieka i burczeniem w moim brzuchu. Starałam się odsypiać w dzień, ale to też nie było łatwe z Małym Człowiekiem przyklejonym do mojego cyca. 

Aż w końcu mądra Położna mnie pocieszyła, dobra Koleżanka - mama dwóch Małych Człwieków - wsparła, a ja w końcu odpuściłam poradniki i skupiłam cała energie na naszym Małym Człowieku. Teraz przekroczył magiczna granicę sześciu tygodni, po których podobno będzie już tylko lepiej. No i w sumie jest - z dnia na dzień wypracowujemy sobie kolejne warunki naszej współpracy. Z dnia na dzień co raz lepiej się rozumiemy. I jeszcze czasem sie zdarzy darcie pyszczka do bezdechu, ale cóż: taki jest własnie nasz Mały Człowiek.

Jakaś rada na koniec? Jakiś przepis? Pocieszenie dla tych, które nie mają idealnych dzieci? Karmić na żądanie czy co dwie - trzy godziny? Pozwolić spać w łóżku czy nie? Nosić czy nie nosić? Przede wszystkim znosić: płacze, nieprzespane noce, obsrane bodziaki. Kochać, kochać i jeszcze raz tulić do serca, a potem będzie już tylko lepiej... Oby ;)





3/05/2014

Z cyklu "Małe marzenia Matki Karmiącej"

Z cyklu "Małe marzenia Matki Karmiącej"

  Małe marzenie numer 1: wiedzieć, rozumieć dlaczego Mały Człowiek płacze...





1/14/2014

projekt matka Małgorzaty Łukowiak

projekt matka Małgorzaty Łukowiak

Dostałam na gwiazdkę. Bo w ciąży jestem i Tata pomyślał, że to będzie dobry prezent. I dobrze pomyślał, bo przecież książek nigdy nie jest za wiele.  I zaczęła się moja droga przez życie Autorki… Oczywiście tylko to z książki!
Początkowo – lekko rozgoryczona rozbieżnością pomiędzy moim światopoglądem a wizją Autorki – chciałam bardzo soczyście napisać, co ja o tym wszystkim myślę. O jej podejściu do ciąży, macierzyństwa i ogólnie życia i świata – w końcu sama się do tego przyznaje. Sama się wystawia na ocenę, więc powinna się spodziewać zarówno pochwał, jak i głosów krytyki.
Potem pomyślałam, że nie będę się ‘narażać’. W końcu ja też piszę bloga, sama opisuję mój stan kobiety ciężarnej i to nie zawsze w konwencjonalny czy ogólnie akceptowany sposób. Więc stwierdziłam, że przemilczę, choć nie wiem, czy zdzierżę… 
Aż w końcu, po wielu namysłach oświeciło mnie. Może brzmi to śmiesznie, ale faktycznie tak było. Oświeciło mnie podczas wieszania prania. I doszłam do wniosku, że za bardzo wzięłam do siebie, za bardzo osobiście biorąc pod uwagę, że jest to prawdziwa historia, prawdziwej kobiety i matki. Przecież Autorka nie musi być moją bohaterką, moją idolką. Nie muszę się z nią zgadzać, czy ją naśladować. Nie muszę szukać sensu czy psychologicznych wskazów, jak żyć, bo ona już wie. Bo ona ma trójkę dzieci i jest niezniszczalna! Nie mnie oceniać, jak żyją inni. Projekt matka to zapiski z jej życia: subiektywne, osobiste. I choć są pewne elementy w jej historii, z którymi się zgadzam, to jednak więcej razy zamykałam książkę z lekką irytacją niż z poczuciem oczekiwania na to, co dalej.
Nie, to nie jest krytyka ani Autorki, ani jej książki, ani jej życia. To moje prywatne przemyślenia. W końcu każdy z nas stara się żyć po swojemu. Często jest trudno, bo przecież teraz jestem z kategorii baba w ciąży z zachciankami i humorami, potem będę matką pierwszego dziecka, czyli nieudolnie starającą się wychować przedstawiciela kolejnego pokolenia kobietą zmęczoną, ale czy w ogóle jeszcze kobietą? Sobą? Projekt matka ma coś w sobie, ale niech każdy zdecyduje, czy mu to COŚ odpowiada… 

1/10/2014

Zapiski debiutującej Ciężarówki - część szósta

Zapiski debiutującej Ciężarówki - część szósta

"Przewróciło się niech leży...", czyli jak radzić sobie z życiem codziennym.

W życiu każdej Ciężarówki przychodzi taki moment, kiedy brzuch wyprzedza stopy. Nie każdej? Aha! No to gratuluję i zazdroszczę tym z mikro brzuszkami. Wam z całą pewnością jest łatwiej. Ale u mnie nastąpił taki moment, że bez lustra przestałam widzieć wszystko poniżej linii pępka. Hah! Zaczęła się nie lada przygoda ;) Zaczynając od tego, że po drodze z ust o podłogi mam brzuch i zdarza się dość często, że mam ufiflaną koszulkę w tych okolicach, a kończąc na niektórych czynnościach higieny osobistej - brzuch stanowi pewien problem, a czasem wręcz przeszkodę nie do pokonania. Nawet siedzenie czasem jest trudne, bo jakoś się brzuch na kolanach pod stołem nie mieści... Na szczęście to wszystko minie!

Mr. T. ma niezły ubaw, kiedy muszę przewrócić się na bok, zaprzeć rękami i nogami o wszystko w okolicy, żeby wstać z kanapy. Czasem czuję się, jak żuczek przewrócony na plecki, który macha odnóżami próbując chwycić się czegoś, czegokolwiek i odzyskać panowanie nad własnym ciałem i światem. Kiedy człapię do łazienki Mr. T. śmieje się, że wyglądam jak Muminek. Ja raczej porównałabym się do rozleniwionego lwa morskiego, ale to kwestia wyobraźni. 

Tak więc od kilku miesięcy jako Muminek zmagam się z życiem codziennym. Najbardziej wkurza mnie, gdy coś mi upadnie, trzeba się schylić... Kucam wtedy z kolanami w dwie strony świata, żeby się brzuszek zmieścił. No, a potem już tylko: hej-jop! i wstajemy. Kolana czasem skrzypią.

Zakładanie skarpetek i butów to też dość karkołomne przedsięwzięcie. Podciągnięcie kolana pod brodę to oczywiście niemożliwe do wykonania. Dlatego wszelkie pozycje boczne trzeba opanować do perfekcji. Kolanko na lewo, stópka na prawo i lecimy. Podobnie ma się sprawa z pedicurem. Opracowałam metodę z krzesłem wstawionym do łazienki... Obcinanie pazurów zajmuje mi z brzuchem dwa razy dłużej, ale jakoś trzeba sobie radzić, co nie?

I największe chyba wyzwanie, najtrudniejsze chyba przedsięwzięcie z brzuchem przysłaniającym świat poniżej pasa: kontrola nad 'bikini'. Chylę czoła przed tymi, które sprawnie ogarniają temat przed lustrem. Ja nie daje rady. Kierunki mi się rozjeżdżają i tylko nerwy mam w strzępach. Oczywiście jakoś sobie trzeba radzić, zwłaszcza jeśli ma się to minimum wymagań, co do własnej higieny i odrzuca się tłumaczenie: 'jestem w ciąży, więc mam prawo...' A właśnie! Czy mam prawo do wszystkiego, tylko dlatego, że jestem w ciąży?
...





1/09/2014

Zapiski debiutującej Ciężarówki - część piąta

Zapiski debiutującej Ciężarówki - część piąta

  Poranny paw i nocny skurcz, czyli inne możliwe wady i usterki Ciężarówek.

Nie da się przejechać dziewięciu miesięcy tylko z oczywistym przyrostem zderzaka przedniego, a  bez przynajmniej drobnej usterki czy innej dokuczliwej wady. No nie ma takiej opcji! Nawet jeśli czujemy się świetnie i kwitnąco, to coś nam prędzej czy później dokuczy. To nie przesadny pesymizm tylko rozsądny realizm. Jeśli nam waga za bardzo nie skoczy, to w końcu chodzenie w szpilkach przestanie być możliwe ze względu na opuchliznę stóp lub/i - niepotrzebne skreślić - ból kręgosłupa. Ja na przykład mam wiecznie zapchany nos i odrętwiałe dłonie.

Jak jednak cały czas powtarzam: ciąża jest stanem wyjątkowym, a jej objawy - oprócz tych oczywiście oczywistych - indywidualne dla każdej Ciężarówki z osobna. Tak więc ile kobiet w ciąży tyle 'objawów'. Mówiąc 'objawy' mam na myśli szereg rozmaitych czynników. 

Podstawowym objawem wymienianym we wszystkich podręcznikach i poradnikach są mdłości i wymioty. Nie poznałam jegomości. No może raz mi się lekko niedobrze zrobiło na zapach mięsa do kebaba z podrzędnej budy z fast food-em. Ale nie wisiałam nad kiblem, nie miałam przeczulonego węchu, a mój żołądek zawsze pozostawał na miejscu w gotowości do przyjmowania z naturalną rozkoszą wszystkich dostarczanych mu potrawy. Ba! Powiem więcej: nie miał specjalnych zachcianek czy preferencji smakowych. Jedyne co mój żołądek uwielbiał to owoce. Podskakiwał radośnie na rynku za czereśniami, arbuzem i jabłkami, a w okresie zimowym na kilogramy przyjmujemy cytrusy. Nie mam jednak tak, że siedzę i nagle bach! Chcę pomarańczę i zejdę z tego świata jeśli w ciągu pięciu sekund nie zjem trzech kilo!

A w temacie zachcianek... Mój mynż w rozmowie z nową koleżanką z pracy wspomniał ze stoickim spokojem, że jestem w ciąży. Na co ona nie znając etapu zaawansowania mojego stanu stwierdziła: "no to teraz ci się zacznie: zachcianki w nocy o północy i poszukiwanie arbuza w środku zimy". Mynż zamrugał zdziwiony i mówi: "no coś ty - nic z tych rzeczy. Właściwie to za miesiąc ma termin." No tak! Sławne zachcianki. Przecież muszą być! Są nieodłącznym elementem ciąży i widzimy oczyma wyobraźni panią z brzuszkiem skuloną na kanapie ze słoikiem Nutelli zagryzanej kiszoniakiem. Specjalne zachcianki? Nie znam takowych. Nie miałam ekstremalnych napadów wilczego głodu, nie miałam smaków na czekoladę ze śledziem, a słodycze ogólnie lubię, więc spożywałam jak wcześniej.

Kolejne objawy na liście to senność - szczególnie w pierwszym trymestrze, zmęczenie - w pierwszym i trzecim oraz rozkojarzenie. Taaaa... To o czym to ja miałam? ;) Senność faktycznie miałam. Przychodziłam z pracy i padałam na kanapę. Nie zdążyłam jeszcze dobrze wylądować, a już spałam. Ale w zasadzie nie mam żalu. W końcu organizm kierował całą energię na produkcję Małego Człowieka. Teraz też wiecznie ziewam, a to dlatego, że mam problemy ze spaniem w nocy. Mały Człowiek dokucza? Ależ skąd! Drętwieją mi ręce, mam skurcze nóg, co jest dość bolesnym doświadczeniem i nie pozwala znaleźć dogodnej pozycji do przespania całej nocy. Rozkojarzenie? Tak, to znam, pamiętam, wspominam z łezką w oku. Ogólnie takie jesteśmy w tej ciąży zakręcone, bo sto myśli na raz: lekarz, objawy, zakupy, wyprawka, badanie krwi, obiad, zakupy... A nie, to już było. Najłatwiej robić sobie listy rzeczy do kupienia, rzeczy do zrobienia, spraw do załatwienia. Wszędzie żółte karteczki i przypominacze w telefonie: weź kwas foliowy, jutro wizyta, wczoraj urodziny psiółki...

Do objawów oczywistych należy zaliczyć też częste sikanie. No i to jest chyba objaw, który każda Ciężarówka bez wyjątku zna, ma, odczuwa, przeżywa. Najpierw, bo coś tam z hormonami, a potem, bo Mały Człowiek lubi skakać po tej podusi wodnej. No i wizyta w kibelku murowana... A propos, to zaraz wracam.

Zdarzają się również bóle pleców i ogólnie całego człowieka. Oczywistym jest, że funkcjonujemy z większym obciążeniem, zmieniają się proporcje ciała i środek ciężkości, więc choćby sporadyczne bóle są nieuniknione. Ale to już różnie bywa i nie ma co narzekać. Wszystko minie ;)

Niektóre ciężarówki narzekają również na nadmierną potliwość i zgagę. Ja na temat zgagi się nie wypowiadam, bo w porównaniu do relacji innych Ciężarówek moje dolegliwości układu pokarmowego to mała Myszka Miki. Potliwości też nie odnotowałam. Może dlatego, że zima jest? A może to też zależy od genetyki? Nie wiem...

No i to chyba tak na tyle z tych usterek, które mogą się przytrafić w tej dziewięciomiesięcznej trasie Ciężarówki. Ach nie! Są przecież jeszcze małe dolegliwości psychiczno-mentalne, ale o tym już później, później... Teraz bowiem jest czas na moją dawkę kanapowego gnuśnienia z Małym Człowiekiem, bo on od jakiegoś czasu nie lubi pozycji siedzącej swojej nosicielki.




12/28/2013

Zapiski debiutującej Ciężarówki - część trzecia

Zapiski debiutującej Ciężarówki - część trzecia

 'Zapraszamy na sale'*, czyli niech gotówka żywym strumieniem płynie.

W ciąży kurczą się jedynie dwie rzeczy: twój portfel oraz czasem poczucie własnej wartości - zwłaszcza w dni, kiedy endorfiny akurat wzięły sobie wolne. W ciąży wszystko rośnie: twoje ciało i twoje wydatki. O endorfinach i nadmiarze ciała do kochania w następnych odcinkach, a dziś porozmyślamy o wydatkach. 

Mogę z całą pewnością stwierdzić, że każdy, kto świadomie decyduje się na rodzicielstwo zdaje sobie sprawę z wiążących się z tą decyzją wydatków. Ci, którzy nieświadomie zostają rodzicami też się o tym przekonują prędzej czy później... Ale czy z całą pewnością można stwierdzić, że wszyscy wiedzą na co będą szły pieniądze w czasie ciąży?! Sprawa wydaje się oczywista: lekarz, badania, wyprawka. Czy na pewno tylko to?

Na początku wydawało mi się, że uda się opękać ciążę na podstawowych wydatkach i prostych rozwiązaniach. Byłam święcie przekonana, że nie zwariuję na punkcie tych śliczniusich koszulek, śpioszków i innych słodziastych, malusich ubranek i że rozsądnie kupię wyprawkę nie poddając się modzie i ogólnemu przekonaniu, że na dziecko wydawać trzeba, a oszczędzać nie wolno, a wręcz nie wypada. 

Z tym ostatnim, owszem: udało się. Podeszłam do sprawy wyprawki bardzo racjonalnie. Co prawda nie zgodziłam się na kupno wózka z drugiej ręki, bo chciałam mieć pachnący nowością wózek taki, jak mi się spodoba, a nie taki, jak się akurat trafi. Ale z resztą... Jak to stwierdziła moja znajoma: 'nie masz dzieci, to skąd u ciebie takie racjonalne podejście?! Może ci się jeszcze odmieni.' Nie odmieniło się. Kupiłam podstawowe wyposażenie, niezbędne minimum. Sama zrobiłam kilka zabawek, uszyłam i wydziergałam kilka rzeczy. Ale z szafy nie wylewa mi się nadmiar bodziaków, bo były takie urocze. Trochę dostałam od ludzi: ciuszki nowe i używane. Trochę kupiłam już 'na wyrost', a resztę będziemy kupować według potrzeb. W końcu teraz w sklepach wszystko jest od ręki, a maluszki szybko rosną. Bardzo szybko! Rada: polecam wielopaki w marketach i sieciówkach. Niemowlęciu na początek jest wszystko jedno w co jest ubrane - byle sucho, ciepło i wygodnie. Po co więc przepłacać za ubranka na sztuki, kiedy w wielopaku wychodzi taniej, a ubranka są dobrej jakości i też wcale niebrzydkie. No i przy zakupie wyprawki pamiętajmy też o przyszłych dziadkach i pozwólmy się im troszkę poudzielać. Ja udzielanie się dziadków ograniczyłam do minimum, ale można wykorzystywać ich radość, jeśli takową wykazują w dowolnych ilościach i proporcjach.

Z opękaniem ciąży na prostych rozwiązaniach było już trudniej. Mała podpowiedź: jeśli masz możliwość zaplanować ciążę dokładniej, czyli nie goni cię czas ani okoliczności przyrody, to polecam poczęcie w długie jesienne wieczory. Łatwiej znaleźć coś w rozmiarze 'dla Fiony' w kolekcjach letnich niż zimowych. Ja niestety nie miałam okazji sobie dokładnie zaplanować, kiedy zmajstrujemy Małego Człowieka, tak więc około października  zaczęłam mieć problemy z dopinaniem płaszcza, spodni, nie wspominając o bieliźnie... Chcąc nie chcąc musiałam się udać na zakupy, a nie jest to sprawa tania. Zwłaszcza odzienie wierzchnie. Wydatek minimum dwieście złotych, a kurtka zaledwie na kilka miesięcy. No chyba, że planujesz z miejsca kolejne dzieci i będziesz celować w te same pory roku, żeby się koszty zwróciły... Mnie się udało, bo mama miała w szafie sporą pelerynę - ponczo. Wyglądam jak Buka albo co gorsza jakiś wysłannik z bliżej nieokreślonego zakonu, ale kto by się tym przejmował...?

Za duże dresy sprawdzały się na początku, kiedy brzuch jeszcze nie przysłaniał mi stóp. Potem okazało się, że pasek ciśnie, gumka uwiera i wcale nie jest wygodnie. Trza było wykosztować się na jeansy ze specjalnym pasem - wydatek około sto - sto pięćdziesiąt... Swetry i koszulki ledwo zakrywają mi pępek. W kolekcji mam kilka sztuk w większym rozmiarze, do tego zapinane swetry - tak, żeby w plecy było cieplej, bo przecież nie ma szans żeby to-to zapiąć ;) Po domu paraduję w ubraniach mynża, ku jego uciesze, że jestem większa niż on. No a do tego majciochy i staniki w rozmiarze dwuosobowych namiotów. I lista się powiększa wraz z powiększającym się brzuszkiem... Heh...

A na koniec kilka oczywistych, ale czasem zaskakujących wydatków. Kasa idzie na balsamy do ciała: te na rozstępy, ujędrniające, nawilżające - w to warto inwestować! A że ciała co raz więcej, to i więcej balsamów się zużywa. Dalej: zachcianki żywieniowe. Ja na szczęście miałam niewiele, ale latem kaska płynęła na niezliczone kilogramy owoców. I na koniec uwaga!! Kasa idzie na papier toaletowy. Haha! Taka prosta rzecz, a pomyśleli byście?

I to chyba tyle o wydatkach tych oczywistych i tych trochę mniej oczywistych. Moja rada: naprawdę nie daj się zwariować! Twoje niemowlę nie będzie gorsze tylko dlatego, że nie ma najmodniejszych w tym sezonie body z serii Dysney'a. Maluszkowi musi być przede wszystkim ciepło i wygodnie, a czas na strojenie się jeszcze przyjdzie i to szybciej, niż ci się wydaje! A ty? Masz się czuć kobieco, masz być szczęśliwa, ale uwierz mi, że nie potrzeba do tego stu par spodni i tysiąca sukienek ciążowych. Do tego przede wszystkim potrzeba mężczyzny obok, który ci powie, że twój tyłeczek jest nadal sexi, nie wspominając o brzuszku. Ciąża jest stanem dziwnym, niezwykłym, wyjątkowym. Ale jednocześnie jest tylko stanem przejściowym. Po tych dziewięciu miesiącach i tak wystarczająco dużo zmieni się w twoim życiu. Nie utrudniaj więc sobie tego czasu bzdurami z dziedziny mody.


* cytat z szyby wystawowej pewnego sklepiku w moim rodzinnym mieście.





12/18/2013

Zapiski debiutującej Ciężarówki - część druga

Zapiski debiutującej Ciężarówki - część druga

 Przychodzi baba do lekarza, a lekarz na to: "niemożliwe!"

W ciąży trzeba zadbać o dwie ważne sprawy. Po pierwsze o dobrego lekarza, a po drugie o wygodną kanapę. O tym drugim będzie przy innej okazji. Pozostańmy zatem w temacie służby zdrowia. Od razu powiem, że ja do państwowej nie mam cierpliwości, zatem od razu wiedziałam, że będę szukać prywatnego gabinetu. Że drogo? No tak - nie wszystkie nas na to stać. To przykre, że takie są czasy. Jednak stwierdzam, że opinie o państwowej opiece ginekologicznej nie nastawiły mnie pozytywnie. Dodatkowo nie cierpię tych kolejek, w których się człowiek nasłucha o rozwarciu, bólach porodowych i powikłaniach. A po co mi to? Umawiam się na godzinę, wchodzę, płacę i wymagam.

No i właśnie ta kwestia "płacę i wymagam" często stanowi problem, a nie powinna. Skoro płacę minimum stówę za wizytę (standardy średnich miast), a w dodatku szuflada nikomu nie nakabluje ile tych stówek wpadło do niej w ciągu dnia, to mógłby się ten lekarz chociaż postarać. Nie zawsze niestety tak jest. Często w gabinecie czegoś brakuje: a to aparatura do USG już swoje w życiu widziała i przez to nie wszystko da się na niej zobaczyć, czy usłyszeć. A to doktorek robi miny, kiedy zadajemy za dużo pytań. Jaka jest na to recepta? Zmienić doktorka, albo drążyć do skutku.

Może to się wydawać błahe na początku i częste wizyty zdają nam się wręcz naciągactwem zwłaszcza jeśli nasza ciąża przebiega bez problemów i zakłóceń. Ale uwierzcie mi: dobry lekarz to prawdziwy skarb! Teraz - pod koniec ciąży - najchętniej chodziłabym dwa cztery na dobę z podpiętym do brzucha KTG i USG, a komunikacja z moim lekarzem w trakcie wizyt jest dla mnie, jak miód na serce. Nie boje się zapytać o cokolwiek - nawet o głupoty typu: "czemu mnie boli o tu, kiedy zakładam buty?" ;)

Przy pierwszej ciąży... zresztą przy drugiej, piątej i siódmej masz prawo pytać o wszystko! Za to płacisz, tego oczekujesz i to ci się należy! Nie zakładaj z góry, nie licz na to, że po powrocie z gabinetu doktor Google ci pomoże! Zapomnij o 'Ciotkach Dobra Rada', które wiedzą wszystko najlepiej i na forum cycusmamusi.pl dzielą się informacjami i swoimi spostrzeżeniami. To twój lekarz ma ci wszystko powiedzieć! A skoro nie potrafisz się z nim dogadać, to znaczy, że nie jest on człowiekiem przystępnym i po prostu go zmień! Masz do tego prawo! Nie interesują mnie wyjaśnienia, że on już tak ma i jest ironicznym ignorantem. Owszem: takich, jak Ciężarówek to on ma na pęczki, ale z mojej perspektywy ja jestem jedyna i niepowtarzalna i chce być tak traktowana!

Pytanie z forum: "Na co jest luteina, bo mi lekarz przepisał? Któraś z was to brała? O co chodzi?" Kobieto! Serio?!?! Czemu nie spytałaś lekarza?! Skoro ci przepisał, to miał swoje powody, ale to nie jest jego tajemnica! To ty będziesz sobie aplikować te tabletki i musisz wiedzieć po co, na co!!

Tak więc życzę powodzenia. Ja zmieniłam lekarza z przymusu, ale trafiłam na bardzo dobrego specjalistę, który wszystko mi mówi, nawet jeśli ma jakieś wątpliwości! Dzięki temu wiem, że jest ze mną szczery i znam stan swojego Małego Człowieka. Nie boję się pytać, a informacje w Internecie traktuję jedynie jako uzupełnienie i potwierdzenie tego, co już wiem. I pamiętaj też, że w ciągu tych 9 miesięcy musisz słuchać lekarza! To co powie jest święte, no chyba, że bredzi, wtedy go zmień!

A teraz zgodnie z zaleceniami mojego lekarza idę się położyć na średnio wygodnej kanapie. Lekarza mam dobrego, a nie można mieć wszystkiego, prawa? ;)


PS: Tytuł poprzedniego wpisu, części pierwszej zaczynał się od słowa "Pamiętnik..." Postanowiłam jednak zmienić tytuł cyklu, bo wydaje mi się, że to coś więcej niż pamiętnik, a trochę mniej niż poradnik. Tak więc uznajmy, że są to zapiski, przemyślenia, rozważania...





12/07/2013

Pamiętnik debiutującej Ciężarówki - część pierwsza

Pamiętnik debiutującej Ciężarówki - część pierwsza

Moda na dwa paski, czyli pierwsze wzmianki o wejściu w stan Ciężarówki.

Długo zastanawiałam się gdzie i czy w ogóle publikować te teksty. Bo jak widać to dopiero część pierwsza jest. Skąd te dylematy? Ano stąd, że ton moich przemyśleń budzi kontrowersje wśród świętej społeczności Matek Polek. Ja do nich nic nie mam i żeby była jasność: moja ciąża była zaplanowana, chciana i jest czymś niezwykle radosnym i darzonym miłością od samego początku. Faktem niezaprzeczalnym jednak jest, że jest to też dość specyficzny stan ciała i ducha, a mój rozumek nierówno dawkuje szczęście z tego faktu.
W związku z tym mam dni gorsze i lepsze. A kto ich nie ma?! Jednak kobieta w ciąży według wszystkich poradników powinna być najszczęśliwszą istotą na świecie dwa-cztery na dobę i znosić z pokorą i radością wszystkie dolegliwości, rady lepsze i gorsze i takie tam. Ba! Powinna nawet być supermenką, która jedną ręka pichci obiad dla męża, a drugą składa wyprawkę odpowiednio wyprasowaną, wysterylizowaną i odkażoną z wszelkich mikroskopijnych cząsteczek czegoś-tam. A ja jestem trochę nietypową Ciężarówką. Trochę ironizuję na temat mojego stanu - to żeby nie zwariować. Trochę się smucę - bo czasem też mi źle. Trochę racjonalnie podchodzę do wszystkiego - słucham lekarza, kupuję tylko niezbędne minimum i nie ćwiczę jogi. A ponieważ czytam też fora, artykuły i inne pisemne wywody na temat ciąży, to dochodzę do wniosku, że to jakiś kosmos jest, bo ja według tych wszystkich porad chyba jednak nie jestem w ciąży - nie mam połowy objawów, nie mam jobla na punkcie "wicia gniazda" i nie utożsamiam się z najbardziej znaną matką w Polsce - Anią Muchą.

Tak więc lojalnie uprzedzam czytelniczki (i ewentualnych czytelników - czy takowi tu zaglądają w ogóle?), że teksty tu zamieszczone są bardzo subiektywne, prawie osobiste, a na pewno niepowtarzalne. Takich rad i przemyśleń nie znajdziecie chyba nigdzie. Przez niektórych mogą zostać uznane za sprzeczne moralnie i w ogóle, a w szczególe... 

Jak to się stało, że zostałam ciężarówką? No o bocianach i dzieciach w kapuście rozprawiać tu nie będę. Nie będzie też pikantnych szczegółów. Powtórzę tylko, że jest to stan zaplanowany. Ne wnikając w szczegóły powiem tyle, że w związku z zawirowaniami w naszym życiu postanowiliśmy z mynżem, że to będzie najlepszy czas na dziecko. Oboje chcieliśmy no i tak wyszło, że się udało. Nie powiem, bo spinka trochę była. Jestem, czy nie jestem? Oto jest pytanie! 

I tu nadeszła pora na kilka słów o testach ciążowych. Przed zrobieniem weź dwa głębsze. Wdechy, nie kielichy ;) Ja na przykład nie wzięłam i zrobiłam za wcześnie. Jeden pasek w takiej sytuacji nie nastraja pozytywnie - uwierzcie mi. Teraz to już można te testy nawet po tygodniu robić, ale ja proponuje poczekać jeden dzień dłużej - dla pewności. Niektóre Matki Polki twierdzą, że one WIEDZIAŁY! od razu. A skąd? Ja się musiałam nieźle naszukać, żeby znaleźć o pierwszych objawach coś więcej niż: spóźniająca się miesiączka, mdłości i wymioty, i tkliwe piersi. Ciekawskim podpowiem, że jednym z najpierwszych objawów jest ostry, ale krótki ból w dole jamy brzusznej. To zapłodnione jajeczko zagnieżdża się w macicy. Odnotujesz to, jeśli planujesz ciążę i masz tam wszystko wyliczone (dobre liczydło TU). A jeśli Cię interesują te wszystkie biologiczne nazwy i procesy od środka, to poczytaj podręcznik do biologii albo ewentualnie na przykład TU. W każdym razie od tego momentu kobieta staje się wyznawcą 'mody na dwa paski', czyli krótko mówiąc: Ciężarówką. 

Warto pamiętać, że jest to stan wyjątkowy. Nie tylko pod względem ideologicznym, bo nosisz w sobie nowe życie, ale również pod względem wszystkiego innego. Pamiętaj, że nie jesteś taka, jak inne kobiety w ciąży. Jesteś jednostką indywidualną, której objawy mogą, ale wcale nie muszą zgadzać się z objawami ogółu. Im szybciej sobie uświadomisz ten fakt, tym łatwiej będzie znosić kolejne dni i kolejne porady. Pamiętaj też, że jeśli ktoś na wieść o tym, że jesteś w ciąży zaczyna snuć czarne wizje lub sypać mało optymistycznymi prognozami na przyszłość, to ma ten człowiek z głową coś nie tak. Staraj się nie słuchać, protestuj jeśli coś Cię urazi i ogólnie nie pozwól sobą manipulować w jakikolwiek sposób tylko dlatego, że Ty jesteś w ciąży pierwszy raz, a wszyscy inni wiedzą lepiej. W tej sytuacji TY jesteś jedyną istotą, która wie, jak się czuje i kiedy jest zmęczona...

No i się trochę zmęczyłam. Idę poleżeć, bo dawno już nie leżałam ;) Pozdrowienia dla wszystkich debiutujących Ciężarówek i do następnego razu.





Copyright © Tyci Kraft , Blogger