Trening kreatywności
Papierowa masa
Haft na papierze


Ja, która nawet proste działania liczę na kalkulatorze - tak dla pewności. Nienawidzę czytać przepisów, regulaminów, wytycznych, a nawet tytułów rubryk w formularzach urzędowych - po kilku słowach zamienia mi się to w biały szum w głowie. Czy zatem jestem po prostu dobra w rozwiązywaniu testów, bo jako perfekcjonista wyjątkowo się do nich przykładam i próbuje odpowiedzieć na każde pytania chociaż nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem...?? A może faktycznie gdzieś w odmętach mojego umysłu siedzi geek, który uwielbia cyferki, tabelki i raporty?
W czasie, kiedy pracowałam nad pomysłem na pierwszą przeróbkę męskiej koszuli wariantów na nią było kilka! Wybrałam wtedy opcję z baskinką i absolutnie nie żałuję. Innym pomysłem było coś na kształt kimona. W tamtym czasie w oko wpadły mi kilka razy w Internecie kobiety, które pracując z domu, albo po prostu relaksując się gdzieś, gdziekolwiek chodzą w oversizowych narzutkach o wyglądzie właśnie takiego kimona. Pod spodem jakiś top, t-shirt, a do tego luźne spodnie. No bajka! Też tak chcę!
Niektórzy wprowadzają w swoje życie zmiany jakby zrywali plaster: szast, prast i po krzyku! Odczuwają krótkotrwały dyskomfort, ale już po chwili zmiana staje się nową codziennością. I tyle. Kropka. Ja natomiast mam zupełnie odwrotnie. U mnie wprowadzenie zmiany w życiu to cały poroces: to jak powolne zanurzanie się w orzeźwiającej wodzie w upalny dzień. Krok za krokiem. Tutaj zamoczyć palczana, tam polać ramiona, zrobić krok w tył. Złapać głębszy oddech, bo zmiana odbiera dech. Po kilku dniach zapominam, że miałam coś zmienić. Wstaję rano i wchodzę w życie ze starymi nawykami, nową motywacją, by coś zrobić, coś zmienić! Dopiero po czasie przypominam sobie, że no przecież już chciałam coś zmienić: mniej sie przejmować, bardziej wierzyć w siebie, jeść zdrowo, ruszyć zadek. Nawet już zaczęłam wprowadzać tę zmianę parę dni temu, ale zapomniałam...
Często oceniane to jest jako prokrastynacja, słomiany zapał, lenistwo...
Kiedyś chciałam być fotografem. Robić piękne sesje zdjęciowe, pokazywać prawdziwe emocje, zdjęcia takie trochę niepoprawne, rozmazane, krzywe. Niestety nie umiałam "poprowadzić" ludzi i sesje nie wychodziły najlepiej... A przynajmniej tak mówili niektórzy: że sesje sztywne, że nie tak się to robi. A ja szłam na żywioł, próbowałam po swojemu. Zapraszałam ludzi i robiłam im zdjęcia, jak po prostu spędzają ze sobą czas. Ale porzuciłam...
Potem próbowałam w reportaże, zdjęcia miejskie. Zdjęcia zawsze były krytykowane: bo krzywe, bo źle wykadrowane. Jeden z moich ulubionych reportaży z St. Patrick Day w Dublinie został zjechany pod każdym względem na forum fotograficznym. Straciłam serce...
Doszłam do wniosku, że fotografem już nigdy nie będę. Robię zdjęcia moich wyrobów, ubrań i innych drobiazgów do sklepu Fundacji, ale już chyba nigdy nie odważę się próbować wynieść tej działalności na poziom "zawodowy". W sensie, że proponować fotografię jako usługę. Ale jako istota kreatywna lubię eksperymentować: z podwójną ekspozycją, filtrami i presetami.
