Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pinakoteka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pinakoteka. Pokaż wszystkie posty

2/20/2026

Tabletowe coś-tam, coś-tam.

Tabletowe coś-tam, coś-tam.

 

Mam teraz całe dnie, żeby szyć, tworzyć, siedzieć przy kompie. Nie będę sie powtarzać z sytuacją zawodową i okolicznościami Fundacji. Bo dziś o tym, jak w końcu odkurzyłam mój tablet graficzny - po raz kolejny. I zaczęłam się uczyć rysować. Ale zaczniemy od teorii.

Jaki mam tablet? Jaki mam program?

Jestem szczęśliwą posiadaczką tabletu Wacom Intuos w rozmiarze L. Spore bydle ;) Możecie sobie wygooglować, jak to wygląda. A ja dodam, że jest to tablet piórkowy. Czyli nie rysuję po ekranie tylko po czarnej płaszczyźnie. Początkowo miałam problemy, żeby go w ogóle ustawić, skonfigurować. Dopiero kiedy trafiłam na filmiki Pana Jacka jakoś to poszło.

Tablet dostałam 14 lat temu od mojego Małża. Miałam tworzyć powalające kreatywnością grafiki komputerowe. W rezultacie tablet leżał gdzieś i się kurzył. Początkowo z powodu wspomnianych problemów z konfiguracją. Potem z powodu braku miejsca i czasu. A wreszcie z powodu całkowitej zmiany zainteresowań - poświęciłam całą uwagę maszynom i tkaninom.

Używam darmowego programu Krita. Jego też się uczę, więc wszystko się zgadza ;)

Czy ja w ogóle umiem rysować?

I to jest doskonałe pytanie, bo otóż odpowiedź brzmi: NIE. Niby całą podstawówkę kółko plastyczne, konkursy i nawet jakieś dyplomy. Ale prawda jest taka, że jestem w tym totalnie kiepska. Moje późniejsze rysunki (w sensie po podstawówce) były raczej krytykowane za brak logiczności, dziwne formy i za jeszcze wiele innych niedociągnięć - nie róbmy teraz aż tak dogłębnej analizy. Ale może właśnie dlatego zupełnie porzuciłam rysowanie odręczne.

Potem było jeszcze trudniej, bo miałam coś w głowie, ale to co powstawało na papierze, co wychodziło spod mojej ręki było zupełnie NIE TAKIE! I to było dodatkowo frustrujące.

Kolejnym problemem jest brak kreatywności w dziedzinie form wizualnych. Zawsze jakoś nie mogłam wymyślić co w ogóle chciałabym narysować. Inspirowałam się zdjęciami. A do tego często brakowało mi cierpliwości, żeby skończyć pracę. Detale, całe tło i w ogóle. Kompozycja szła na urlop, a dobór kolorów zwyczajnie szwankował.

Oglądałąm cudze prace i byłam zachwycona. Detale, kompozycja, kolory. Ale przecież nie chodzi o to, żeby kopiować!


Co więc zrobiłam?

Początkowo jeszcze próbowałam znaleźć swój sposób na rysowanie, tworzenie grafik. Robiłam rysunki długopisem na białej kartce: gruby kontur, białe przestrzenie. Potem skanowałam lub fotografowałam i wrzucałam do programu graficznego. Tam białe pola wypełniałam teksturami znalezionymi w internecie, kolorami, fakturami. Ale i to jakoś nie zyskało uznania, więc odpuściłam...

I tak dochodzimy do tego, o czym już wspomniałam: porzuciłam rysowanie odręczne na dobre.

Dopiero parę lat temu, po bardzo długiej przerwie wróciłam do tworzenia obrazów. Przepadłam w kolażach. Dało się to-to zrobić z gazet, albo w programie graficznym. A najlepsza okazała się dla mnie technika mieszana. Tworzę kompozycje z gazet, które digitalizuję. W programie graficznym dodaję tło, jakieś detale.

Co mi więc strzeliło do głowy?

Ano nadal z zachwytem i lekką zazdrością spoglądam na tworzone cyfrowo ilustracje, które wyglądają jak malowane, rysowane kredkami. Nie mówię o AI, tylko o tworzonych godzinami garfikach Ilustratorek. Uznałam więc, że skoro mam teraz trochę czasu i przestrzeni, a do tego mam już sprzęt, to po prostu MUSZĘ SPRÓBOWAĆ. Przecież to nie może być takie bardzo trudne!

No i największą trudność oczywiście sprawia mi wymyślenie, co chciałabym narysować. Ale czytając 'Wszystko czego szukasz znajdziesz w bibliotece' wpadłam na pomysł ilustracji z kotami. Wiem, wiem: oklepany motyw. Ale jakoś tak pomyślałam, że to będzie proste na początek i daje sporo możliwości. No i oczywiście to, co powstało zupełnie nie jest tym, co widziałam w mojej głowie.


Ale postanowiłam się nie poddawać. Pomyślałam: 'spoko. Nie jest tak, jak chciałaś, ale może najpierw ustal, jak to jest. Czyli jakie ilustracje chcesz uzyskać. Potem poznamy narzędzia i dopiero weźmiemy się za wielką twórczość" ;) 

Otworzyłam więc program graficzny i Pinteresta. Zaczęłam próbować różne rodzaje kreski: kredki, ołówki, pędzle. Jest spory wybór 'czym' można rysować. Potem wybierałam z Pinteresta zdjęcie lub ilustrację. Stawiałam oczywiście na proste wzory. Była jakaś śmieszna rysunkowa głowa, a potem trafiłam na kwiaty*. "O! Jeżówki!" - pomyślałam i postanowiłam, że to właśnie będzie moja ilustracja treningowa, którą zrobię od poczatku do końca! Zerknęłam też na zdjęcia, jak jeżówka wygląda na żywo i wzięłam się do pracy.

Zrobiłam szkic, pilnowałam, żeby poszczególne elementy były na osobnych i odpowiednich warstwach, żebym mogła nad nimi pracować swobodnie w razie konieczności poprawek. Miałam obawy, że będzie mi trudno skoordynować oko-ręka: patrzę na ekran komputera, a nie na rękę z piórkiem. Ale okazało się to łatwiejsze, niż wymyślenie tematu ;) 

Testowałam sobie jakim nasyceniem malować, by uzyskać odpowiedni efekt i jaką grubością pędzla rysuje mi się najlepiej. Poprawiałam kilka razy, żeby uzyskać zadowalający efekt. Wznosiłam się na wyżyny mojej cierpliwości! No i jak na pierwszy raz wyszło całkiem, całkiem. 


Powoli do swojego stylu

Wygląd pierwszych ilustracji uważam - mimo wszystko - za pewien sukces. Zabawne jest też to, że jak moje chłopaki zobaczyli koty, to pytali "to ty tak...?" TAK! To ja tak! Radocha mnie nie opuszcza. Mocno trzymam kciuki za siebie, żebym tym razem nie poddała się z powodu czyjejś krytyki. Żebym nie zniechęciła się tymi nie do końca udanymi pracami. Żebym próbowała, rysowała, zapisywała, a za jakiś czas zobaczę, jakie zrobiłam postępy. 






* Ilustracja, którą znalazłam i która była moją inspiracją to fragment pracy Sally Murphy Design. 

12/27/2025

Fotki ze skanera. Kreatywne zabawy fotograficzne.

Fotki ze skanera. Kreatywne zabawy fotograficzne.

 

Kiedyś chciałam być fotografem. Robić piękne sesje zdjęciowe, pokazywać prawdziwe emocje, zdjęcia takie trochę niepoprawne, rozmazane, krzywe. Niestety nie umiałam "poprowadzić" ludzi i sesje nie wychodziły najlepiej... A przynajmniej tak mówili niektórzy: że sesje sztywne, że nie tak się to robi. A ja szłam na żywioł, próbowałam po swojemu. Zapraszałam ludzi i robiłam im zdjęcia, jak po prostu spędzają ze sobą czas. Ale porzuciłam...

Potem próbowałam w reportaże, zdjęcia miejskie. Zdjęcia zawsze były krytykowane: bo krzywe, bo źle wykadrowane. Jeden z moich ulubionych reportaży z St. Patrick Day w Dublinie został zjechany pod każdym względem na forum fotograficznym. Straciłam serce... 

Doszłam do wniosku, że fotografem już nigdy nie będę. Robię zdjęcia moich wyrobów, ubrań i innych drobiazgów do sklepu Fundacji, ale już chyba nigdy nie odważę się próbować wynieść tej działalności na poziom "zawodowy". W sensie, że proponować fotografię jako usługę. Ale jako istota kreatywna lubię eksperymentować: z podwójną ekspozycją, filtrami i presetami.

Zdjęcia ze skanera

Dlatego, kiedy Dominika z Kobieca Foto Szkoła rzuciła temat o artystce*, która robi zdjęcia za pomocą zwykłego skanera pomyślałam: "no raczej, że w to idę!". Akurat miałam pod ręką urządzenie wielofunkcyjne, które miało w sumie iść na śmietnik, bo odmówiło współpracy w dziedzinie drukowania, ale skaner działał! I tylko tyle było mi potrzebne. 

Próbowałam na różnych obiektach: moich wyrobach, niciach, kamykach, a nawet na mandarynce. Nie wszystkie próby były udane. Wiadomo - przy takich obiektach 3D nie domkniesz klapy skanera, żeby uzyskać tło. Niektóre wychodziły zbyt jasne, a najlepsze 'ujęcia' wychodziły, kiedy w pokoju było dosyć ciemno. 

Na co to komu?

Zabawa technikami i narzędziami to trening dla naszej głowy. Rozciąga wyobraźnię, uruchamia kreatywność, uczy odwagi w myśleniu i wychodzenia poza granice, poza schematy. Kiedy pozwalamy sobie na próby, wykorzystywanie nieoczywistych narzędzi - otrzymujemy zaskakujące i często zachwycające efekty.


Czasem coś, co miało być tylko eksperymentem, staje się nowym językiem wypowiedzi. Sztuka przecież nigdy nie rosła w bezpiecznych ramach: rozwijała się dzięki tym, którzy próbowali, błądzili, zmieniali kierunek i ufali procesowi bardziej niż efektowi. I może właśnie w tym jest cała magia: w ciekawości... Bo tworzenie to nie perfekcja, tylko droga. I warto iść nią po swojemu.






* to już było kilka lat temu i nie pamiętam nazwiska artystki, więc niestety... 

10/29/2025

Fotografia produktowa - jeden z elementów identyfikacji wizualnej

Fotografia produktowa - jeden z elementów identyfikacji wizualnej


Utrwalanie obrazów i chwil jeszcze nigdy nie było tak proste. Cyk! I już można publikować, wrzucić do sieci, zbierać lajki. Dla tych jednak, co wykorzystują zdjęcia w swojej pracy jasne jest, że nawet zdjęcie, które pozornie wygląda na spontaniczne w rzeczywistości jest przemyślane i zaplanowane niemal w każdym szczególe. Dla osób, które w Internecie budują swoja markę bez względu na to, co jest "produktem" zdjęcia są narzędziem.

Zdjęcia muszą sprzedawać, budować zaufanie i opowiadać historię.

Owszem - nadal używa się zdjęć na białym tle. Tak zwane "packshoty", czyli zdjęcia produktów na neutralnym, jednolitym tle to nadal podstawowa wymagana forma prezentacji produktów na wielu platformach sprzedażowych. Ale przcież nie każdy twórca sprzedaje przez pośredników.Wielu z nas sprzedaje poprzez social media, a tam sprawa ma się nieco inaczej. 

Tam budujemy swój mały świat, wizerunek zgodny z naszą wizją, a czasem nawet z nami samymi. Czas, bo nie zawsze jest to jednoznaczne. Wielu z twórców stosuje bowiem chwyty, które maja podkreślić charakter ich marki. Beże i spokojne kolory zarezerwowane są dla kobiecych welness. Czarny ze złotem - marki premium. Pastelove kolory - marki dla dzieci. Kolory ziemi - marki eko. I tak dalej. Oczywiście są tacy, którzy odstępują od tych zasad, ale idąc za powiedzeniem "klient kupuje oczami" często zabiegi z kolorami, fontami i sposobem prezentacji mają ten JEDEN cel: sprzedać!


Ale żeby osiągnąć ten jeden cel nie wystarczy "cyknąć fotkę". Ważna jest jakość tego zdjęcia i przesłanie, jakie zdjęcie za sobą niesie. Jakość? Wiadomo: ostre i wyraźne, przemyślana kompozycja. Czasem bylejakość też może zadziałać pod warunkiem, że dobrze ją sprzedamy. I tu przechodzimy do tego przesłania: bo zdjęcie to nie tylko produkt, ale historia. Pokazanie go w kontekście codzienności, w użyciu. Działanie na wyobraźnię. Zdjęcie również manifestuje wartości marki. Zatem można śmiało powiedzieć, że zdjęcia produktów to wizytówka marki i twórcy.

Znaczenie własnego stylu w fotografii produktowej

Przez lata próbowałam robić zdjęcia różne. Marzyłam nawet o karierze fotografa, ale nie wyszło. Nie wnikajmy już... Ostatnio też przekonałam się, że dawniej ignorowałam zupełnie rolę fotografii w komunikacji z moją społecznością. Przeglądając stare zdjęcia załamałam się nad ich formatem, ostrością i dodanymi elementami graficznymi. Ale może na ten temat spuśćmy już zasłonę milczenia - minuta ciszy... i lecimy dalej. 

Teraz staram się BARDZO, żeby moje zdjęcia przyciągały uwagę. Współpracując z ludźmi przekonałam się, że moja wiedza i umiejętności wcale nie są takie bez znaczenia i bez wartości. Na swej drodze spotykam wręcz fotorafów, których ujęcia wcale nie są dużo lepsze od moich, ale za to oni sami mają zwyczajnie więcej pewności siebie.


I nie bez znaczenia jest styl! Wyróżnia Cię on na tle konkurencji, buduje Twoją wiarygodność i wzmacnia tożsamość marki. Robiąc zdjęcia w określonym stylu ludzie zaczynają rozpoznawać Twoją markę po zdjęciach. Niemożliwe? A jednak! 

Przekonałam się o tym na sobie. Kiedyś zwrócono mi uwagę, że moje zdjęcia są chaotyczne, za dużo się na nich dzieje i że są zbyt kolorowe. Ale od mojej społeczności wiem, że niektórzy już poznają moje zdjęcia na feedzie i po prostu wiedzą, że to Tyci Kraft. W moim odczuciu - ponieważ zdjęcia są wizytówką marki - powinny właśnie oddawać jej charakter. Jeśli moja marka to wzory i kolory, radość i wyciąganie z nas wewnętrznego dziecka to moje zdjęcia powinny oddawać ten własnie klimat!


Lubię zdjęcia zarówno jasne, jak i w kliamcie 'dark mood'. W zależności od produktu szaleję z kolorami lub idę w delikatniejsze tło i dodatki. Nie poradzę nic na to, że osobiście nie jestem fanką zdjęć na jednolitym tle. Dla mnie zwyczjanie CZEGOŚ im brakuje, wieje jakby lekko nudą...

Podziwiam ludzi, którzy potrafią budować tło plamami jednolitego koloru. Czasem oglądam zdjęcia zza kulis sesji produktowych, kiedy fotograf układa brystol w dwóch kolorach, a efekt na zdjęciu jest po prostu WOW! Ja na razie cały czas próbuję, eksperymentuję. Ale większość moich zdjęć ma już ten pewien klimat, ma już swój styl.

Co podpowiedziało w tym temacie AI? "Spójność wizualna świadczy o dbałości o szczegóły i profesjonalnym podejściu do marki. Klienci łatwiej zapamiętują i ufają marce, której komunikaty są uporządkowane i estetyczne."

Warto zatem zadbać o zdjęcia. Nie publikować "na gorąco", bo już koniecznie teraz, zataz chcę się pochwalić. To wrzuć do relacji, która po dwudziestu czterech godzinach zniknie i nikt już jej nie będzie pamiętał. W treściach, wpisach, w sklepie dbaj o jakość! Eksperymentuj. Jakie tła, kolory, klimat będą odpowiednie dla Twoje marki, Twoich produktów i dla Ciebie. Pamiętaj: marka to TY. Jeśli nie gra Ci wizerunek Twojej marki - nie będziesz wiarygodn_ w działaniu. Próbuj. Nie stać Cię na profesjonalistę, sprzęt? Zacznij w domu!* Budując styl zdjęć, grafik, wypowiedzi budujesz wizerunek marki i tworzysz tak zwaną "identyfikację wizualną marki". Będę jeszcze o tym pisać - nie przegap kolejnych porad praktyka ;)


*Więcej o zdjęciach w warunkach domowych >>TU<<

4/14/2021

Domowe sposoby na fotografię

Domowe sposoby na fotografię


Moje doświadczenia z fotografią przeszły już niemal do legendy. Próbowałam być fotoreporterem w lokalnej gazecie. Próbowałam sił w sesjach rodzinnych i indywidualnych, ale takich w stylu reportażu. Chciałam być jak Pan Grzegorz Skowronek. Chwytać chwile i uwieczniać na zdjęciach życie. Jakoś mi to nie szło. Brakowało mi odwagi. Brakowało pewności siebie. Uznałam w końcu, że chyba się do tego nie nadaję. Kocham fotografię. Nadal robię sporo zdjęć. I to nie po to, żeby błyszczeć na social mediach. Uwielbiam zdjęcia mojego syna. Ale zawodowo - odpuściłam. 

I wtedy zaczęłam tworzyć swoją markę. Wyroby trzeba ładnie pokazać Klientowi. Nie stać mnie na profesjonalne sesje, więc jak to się mówi: "robim, co mogiem" ;) Rozpoczęłam nierówną walkę z fotografią produktową. Jaki jest wynik tej walki? Jest nieźle – na moją korzyść oczywiście. Nie zawsze moje zdjęcia, to petardy. Ale jestem z nich zadowolona. 

Jak udało mi się przejść od "naaaaaah…!" do "jest nieźle"? Mam swoje sprawdzone chwyty, które zaraz Ci zdradzę.

Ważna jest miejscówka (?)

W plenerze mam kilka sprawdzonych miejsc blisko domu. Jeśli mam taką możliwość - angażuję Męża do pomocy przy sesji. Ale w plenerze głównie improwizuję.

W domu mam wypróbowaną miejscówkę koło okna balkonowego. W razie ostrego słońca przysłaniam okno białą tkaniną (prześcieradłem, obrusem), która rozproszy światło, ale nie robi głębokich cieni.

Ile trwa sesja? 

Na sesje zwykle przeznaczam cały dzień. Przygotowanie się do sesji w plenerze, lub przygotowanie stanowiska w domu zajmuje trochę czasu. Potem robię zdjęcia. Im więcej ujęć, tym lepiej. Będzie w czym wybierać. Przy okazji wrzucam też kadry zza kulis na Instagram. To wszystko trwa, a ja nie chcę "gonić". Daję sobie czas.

"Zacznij z tym, co masz!"

To zdanie brzmi w mojej głowie, jak mantra, jak przykazanie dla każdego, kto tworzy. Cokolwiek! Dlaczego to takie ważne? Podam Ci przykład: kiedy zakładałam firmę nie mogłam się doczekać, kiedy przyjdą tła. Kupiłam profesjonalne, winylowe. Byłam przekonana, że ułatwią mi życie. Byłam pewna, że z nimi moje zdjęcia będą już tylko super - ekstra. Okazało się jednak, że akurat te tła nie za bardzo nadają się do fotografii produktowej. Jakość ich wydruku była średnia, a do tego odbijały światło, co zdecydowanie nie wyglądało dobrze na zdjęciach moich wyrobów. Nie byłam zadowolona z efektu. 

Dlatego teraz jako tła używam ciemnej tkaniny lnianej. Mam kolekcję apaszek, które przełamują jednolitą plamę tła. Wzorami i kolorami tworzę odpowiedni klimat. Używam tkanin, swetrów i obrusów.

Co jeszcze? Ja nie mam za wiele miejsca, więc pod łóżkiem w pudełku po butach trzymam drobne rekwizyty: koraliki, koronki, kamyki, patyki. Do tego mam starą złoconą ramę, kwietnik - kratkę, skrzynkę drewnianą znalezioną na śmietniku, wiklinowy koszyk. 


Wykorzystuję owoce i warzywa, które akurat mam w domu. Ze spaceru przynoszę rośliny, liście, chwasty. Czasem nawet wożę ze sobą nożyczki, żeby coś uciąć. Dodam, że oczywiście nie dewastuję klombów i nie łamię gałęzi. Wiem, że spora część osób zajmujących się fotografią bardziej profesjonalnie po prostu kupuje rośliny w kwiaciarni. Mnie trochę szkoda kasy, więc korzystam z darów miejscowych trawników i zarośli. 


Mój sprzęt foto

No i tu mamy wstydliwą nieco sprawę. Bo ja wszystkie moje zdjęcia robię telefonem. Mam aparat: ma on już swoje lata i wady... Ale mam do niego nawet zewnętrzną lampę błyskową. Mam też gdzieś namiot bezcieniowy. Ale wszystko to mnie osobiście tylko przeszkadzało, zabierało czas i miejsce na spontaniczne ujęcia. Moje zdjęcia mają być ładne, ostre, kolorowe. Kropka.

Czy nie chciałabym mieć nowego aparatu? Jakiejś cyfrówki, lustrzanki czy coś-tam, coś-tam? No jasne, że bym chciała. Ale nie mam na to kasy, a pisząc projekt – przegapiłam dobrą okazję, żeby zaopatrzyć się w nowy sprzęt. A w moim przypadku sprzęt nie jest najważniejszy.

Rach-ciach-publikuję!

O darmowych programach do edycji zdjęć już Wam kiedyś pisałam. Na końcu wpisu wkleję linki dla przypomnienia. Jest też wiele aplikacji do edycji zdjęć bezpośrednio na telefonie. Tu nie mam rozeznania. Kiedyś próbowałam kilka aplikacji, ale często darmowe wersje są mocno okrojone. Wiele osób poleca aplikację Adobe Lightroom, ale ja jednak wolę ogarniać zdjęcia na komputerze. A do szybkiej edycji wystarczają mi funkcje dostępne w telefonie lub na Instagaramie.

A jak usprawnić sobie pracę przy publikowaniu? Ja mam swój system perfekcyjnie zorganizowanej pańci od wszystkiego. Zdjęcia mam pogrupowane w folderach na każdy miesiące. A w tych folderach mam kolejne foldery: co na www, co na Instagram i jak dobrze pójdzie, to też coś na bloga. Zdjęcia od razu przygotowuję w odpowiednim formacie. Raz w miesiącu w Canvie przygotowuję zdjęcia na Pinteresta. Nie przepadam za planowaniem postów na Instagram, dlatego rzadko przygotowuję te wpisy „na przód”. Ale przynajmniej mam gotowe fotki. 

Podsumowując:

Ponieważ zdjęcie nie jest moim produktem, to sprzęt i profesjonalne rekwizyty nie mają większego znaczenia. Jasne, że chyba trochę głupio wyglądałoby, gdybym na sesję z klientem przyszła ze swoim telefonem. Ale moimi jedynymi modelami jest mój Mąż lub Syn. Wszystko to, co mam pod ręką wystarczy, żeby cyknąć zdjęcia potrzebne mi na stronę sklepu, czy na Instagram. 

I pamiętaj: "zacznij z tym, co masz". Nie potrzeba wiele, by robić to, co lubisz. I nie ważne, czy chodzi o fotografię, czy o coś innego. Po prostu zacznij. A na koniec w bonusie zostawiam Ci zdjęcie mojej asystentki. 


 

I jeszcze obiecane linki:

1. Darmowe programy do edycji zdjęć: CZĘŚĆ 1 oraz CZĘŚĆ 2. 

2. O tym, kiedy i jak po raz pierwszy zrozumiałam, że dobre zdjęcia to podstawa TUTAJ



12/21/2017

grudniowy kadr

grudniowy kadr
Co jakiś czas wrzucam zdjęcie. Coś z życia codziennego. Czasem uda mi się złapać jakiś widok, sytuację, chwilę... A że kiedyś robiłam więcej zdjęć, bardziej się przykładałam i ogólnie był to kiedyś blog fotograficzny, to właśnie czasem wrzucam tu jakieś pojedyncze zdjęcie.

I jak w górnym menu wciśniecie Pinakoteka, to się Wam wyświetlą te moje nowsze i starsze zdjęcia. 

Do tego zdarza się też, że są jakieś wyzwania foto, foto-gry i temu podobne. Tym razem na Art - Piaskownica jest FOTOgra grudniowa. No to zgłaszam takie moje pokojowe:


http://art-piaskownica.blogspot.com/2017/12/fotogra-grudzien.html

No a jutro już biorę się za ostatnie dekoracje i pakowanie prezentów :) Do zobaczenia :) PA!

11/20/2017

a w Koninie...

a w Koninie...
Jakiś czas temu obiecywałam, że napiszę trochę więcej o naszej wycieczce do Konina. No to dziś się w końcu wzięłam i walcząc z przeciwnościami losu i narzędziami do edycji zdjęć on-line poświęciłam cały poranek na przygotowanie tej relacji ;) Nie żeby to było jakieś specjalne poświecenie, ale moje dzisiejsze doświadczenie pokazało mi, jak wielki to jest problem, jeśli na czuja próbujemy coś zrobić. 

A wracając do tematu. W pewna październikową sobotę, korzystając z bezdeszczowej pogody pojechaliśmy do Konina. Starałam się jakoś przygotować wcześniej, bo nie chciałam tylko wysiąść z samochodu na starym mieście, przejść się nad Wartą i do domu. Tak więc odszukałam atrakcje turystyczne Konina na oficjalnych stronach i znalazłam adres do Muzeum Okręgowego. Przeczytałam też kilka wpisów turystycznych na blogach, między innymi wpis Moniki z bloga Wciąż głodna życia.... Uzbrojona w karteczkę z adresami spakowałam kanapki z żółtym serem i Mambę - jak wiadomo Mamba jest dobra na wszystko ;) i ruszyłam rodzinkę w drogę. Nie chciałam nadużywać cierpliwości Mr. T. podczas tej eskapady w związku z tym zaplanowałam tylko spacer w Koninie bez dodatkowych przystanków i atrakcji. 


Na pierwszy ogień poszło wspomniane Muzeum Okręgowe. Wejście znajduje się obok starego kościółka, który ku memu rozczarowaniu był zamknięty na głucho. Szkoda. Ale Muzeum było otwarte. Byliśmy pierwszymi zwiedzającymi ;) Muzeum, jak to muzea tego typu, zwłaszcza w niewielkich miasteczkach, prezentuje wszystko i nic. Znaleziska archeologów amatorów, wystawy czasowe - my trafiliśmy na klimaty indiańskie - i ekspozycje stałe: o górnictwie, historia Ziemi Konińskiej i takie tam. Jak zapewne się domyślacie dla czterolatka nie wszystko jest takie ciekawe, jak by się wydawało. Dlatego  Mały Człowiek dostał zadania: ma znaleźć wielkie, stare kości, zobaczyć młyn jak w 'Tomek i przyjaciele' i wejść za mury zamku ;)

Part 1. Wielkie, stare kości.
Jedną z atrakcji Muzeum jest wystawa prehistorycznych zwierzą, a w szczególności dział poświęcony słoniowi leśnemu :) Niestety jego kości akurat były w konserwacji, ale rzeźba stała. Mały Człowiek się lekko wystraszał, ale w końcu i słonia po ciosach pogłaskał. Musieliśmy jeszcze znaleźć te wielkie kości. Na szczęście było też coś o mamutach, więc kości się znalazły ;) 


Potem ruszyliśmy na spacer 'po ogrodzie'. Są tam zakątki rodem z tajemniczego ogrodu. Latało pełno motyli obudzonych jesiennym słonkiem. Kwitły jeszcze ostatnie kwiaty, a liście miały już barwę czerwono - złotą. Gdzieś skradał się kot, a pod naszymi nogami turlały się kasztany. Tak trochę magicznie tam jest...



Part 2. Wiatrak
'W ogrodzie' jest też dworek i skansen. Z dworku zrezygnowaliśmy, ale poszliśmy do skansenu. Na niewielkim obszarze stoi chata, kilka uli, wiata z saniami... 

Chata zamknięta, ale można zajrzeć przez okno ;) Nie wiem, czy w ogóle bywa otwarta, bo panuje tam kurz i bałagan :/


Z zewnątrz jednak chata wygląda porządnie ;) Latem zapewne jest tam tez jakiś ogródek, bo z boku chaty były przekopane już grządki. Jest też studnia z żurawiem no i oczywiście WIATRAK. Nawet nie jeden, a dwa tylko, że jeden nie ma 'skrzydeł' ;) 


Part 3. Zamek
A na koniec Mały Człowiek znalazł zamek. Nie ma on wież, nie przypomina takiego typowego zamku z bajek, ale mury wyglądają super i Mały Człowiek był oczarowany tajemniczymi drzwiami ;) Na murach jest taras widokowy z widokiem na Jezioro Gosławskie. 


Zadania zaliczone, więc można było jechać na Stare Miasto. Byliśmy parę razy w Koninie i zawsze jadąc nad Wartą widziałam fragment Starego Miasta i tego bulwaru. Mr. T. zawsze twierdził, że to nic ciekawego. Okazało się jednak, że był tam pierwszy raz ;) Największą atrakcją dla Małego Człowieka okazała się stara pompa na środku Rynku.


Zobaczyliśmy też obowiązkowo Słup Drogowy. I znowu rozczarowanie - kościół, obok którego stoi słup zamknięty :/ A ja tak lubię stare kościoły...

Obiad zjedliśmy w restauracji Nowa Grodzka. Usytuowana w piwnicach zaraz przy rynku w internecie polecana była jako restauracja z domowymi obiadami, dużymi porcjami i rozsądnymi cenami. Jedzenie miało być proste i smaczne. Niestety trafiliśmy na barszcz czerwony - wyjątkowo paskudny. Drugie danie też nie powalało. Standardowe surówki - spoko, kotlet schabowy - niewielki i ziemniaki. No cóż. Może ceny spoko i obsługa bardzo miła, ale jedzenie nas nie powaliło.

Po obiedzie zaliczyliśmy jeszcze spacer Bulwarem Nadwarciańskim. Niestety nastąpiło pogorszenie pogody i nad woda wiało niemiłosiernie. Małemu Człowiekowi bardzo spodobał się za to taras podwieszony na linach, który bujał się, kiedy zaczęliśmy na nim skakać ;)


Zapewne latem, w słoneczne dni jest tam dużo przyjemniej, ale cieszę się, że tam byliśmy, że w końcu miałam okazję zobaczyć to miasto. 

Czy polecam? Pewnie, że tak. Rozczarowana jestem tylko tym, ile miejsc nawet w samym Muzeum (chata, dworek, zamek) było zamknięte dla gości. Ale dodajcie do tego Ślesin i coś jeszcze ;) i macie super wycieczkę. A >>TU<< znalazłam jeszcze jeden opis weekendowego wypadu w te okolice. Zapewne bardziej inspirujący niż mój ;) Ale ja jestem od szycia, a nie od bycia przewodnikiem ;) 

I z tego miejsca pozdrawiam Was i zapraszam już wkrótce :) PA!





10/26/2017

jesienny kadr

jesienny kadr
2017 październik - Konin, Muzeum Okręgowe

Dziś wpis nietypowy: kadr na październik :)  Udało mi się w końcu Mr. T. zmobilizować do wycieczki do Konina ;) Zachwycony nie był, atrakcji też tam nie ma zbyt wiele, ale pogoda przyjemna i aż żal w domu siedzieć ;)  Więcej o wycieczce do Konina już wkrótce, a póki co taki kadr, który zgłaszam na wyzwanie do Art-Piaskownica:

http://art-piaskownica.blogspot.com/2017/10/fotogra-pazdziernik.html

Pozdrawiam jesiennie i nie dajcie się 'gilom' ;)

8/19/2017

rozczarowana Krakowem

rozczarowana Krakowem
znacie to? 'syndrom wspomnień z dzieciństwa'? nie, żeby tu chodziło o jakiś profesjonalny termin psychologiczny, tylko o prozaiczne podejście do sprawy: coś pamiętamy jako wspaniałe, niezwykłe, budzące emocje, a dziś to... phi!

tak właśnie miałam - niestety - z Krakowem. od dawna myślałam o tym, że odwiedzając rodzinne strony może by się wybrać do Krakowa. pokazać Małemu Człowiekowi Smoka Wawelskiego i Wisłę, i hejnalistę, który macha do turystów z wieży... ale tylko z tego jednego, jedynego okienka. przejść się Sukiennicami i wdychać zapach drewnianych szkatułek, pociągów (też) z drewna i malowanych Matrioszek. popatrzyć na dorożki i Lajkonika na rynku. może nawet nakarmić gołębie obwarzankiem. przejść się wzdłuż murów obronnych w okolicy Barbakanu i nacieszyć oczy kolorami krajobrazów uwiecznionych na płótnie. brzmi romantycznie czy naiwnie? oj!

zajechaliśmy do Krakowa i już na plantach poczułam dyskomfort. jeszcze tak niezupełnie, tak tylko lekko gdzieś pod skórą, ale jednak... uczucie to ogarnęło mnie kompletnie po dojściu pod Wawel. ilość ludzi jest PRZE-RA-ŻA-JĄ-CA!!! nie da się przejść i wszyscy nastawieni są na zarabianie / wydawanie pieniędzy. melexy, budki z 'pamiątkami', tłumy, tłumy, tłumy...! niekończąca się rzeka ludzi! ja wiem, że lato, że wakacje, że Kraków. ALE...!! ciągły i nieustający szum rozmów. człowiek aż czuje się przytłoczony!


nawet zdjęć się robić nie chciało TYLE LUDZI... co chwilę ktoś cię potrąca, ktoś szturcha, depcze po piętach. nikt nie patrzy tak naprawdę, bo wszyscy oglądają świat przez obiektyw smartfona. najcichszym miejscem było przez chwilę podwórze budynku Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego... przez chwilę, bo potem wparowała tam grupka młodzieży pod wodzą wyluzowanej wychowawczyni i zaczęli strzelać sobie 'słit focie' i 'selfi', i w ogóle być cool... chyba się starzeję ;)


brak tej magii, którą pamiętałam sprzed kilku(nastu) lat sprawił, że przez chwilę nie potrafiłam się cieszyć tą wycieczką. '...może to ten deszcz...'? bo zmoczyło nas też solidnie... a potem zmrużyłam oczy i zaczęłam patrzeć inaczej... i co prawda zamiast Lajkonika była jakaś demonstracja polityczna, w Sukiennicach przeważał zapach plastiku, a z gołębiami raczej się walczy niż je dokarmia, ale wyczarowałam sobie nowy obraz Krakowa, który starczy mi już na długo... niezwykły plac zabaw dla dzieci na Plantach ukryty gdzieś pomiędzy murem a ścianą drzew... fontanna z pomnikiem Żaka na Placu Mariackim, która stała się chwilowym miejscem śmiechu, zabawy i radości, gdy czekaliśmy na pozdrowienie od hejnalisty :) i szarlotka na ciepło z lodami waniliowymi w kawiarence przy Rynku z widokiem na strojne konie i eleganckie dorożki... mhmmmmm...


i tylko pamiętaj Turysto drogi: nie przyglądaj się zbyt uważnie kamienicom, gdy zejdziesz z 'głównego szlaku', bo magia pryska, jak bańka mydlana i z magicznego Krakowa wyłania się  Kraków zwykły, pospolity, codzienny...


dopisane 20.08.2017

po komentarzu Agnieszki Dalwi Szyje pomyślałam, że ilość ludzi to jedno. przecież nie zabronimy nikomu jechać w dane miejsce. jest to męczące, ale takie czasy... gorsze jest to, że Kraków pozwala na to, aby te tłumy turystów obdarły go z jego klimatu. zachłysnął się swoją narastającą popularnością i stał się jak super market. stał się 'tani' mimo wysokich cen, stał się tandetny mimo cudownych miejsc i zabytków... Kraków stał się mało krakowski sprzedając plastik, plusz i niebieskie napoje mrożone... przypuszczam, że nadal w bramach i zakamarkach czuć zapach 'starego Krakowa', ale to moje odczucie i KROPKA.


dzisiejszy wpis dedykuję wszystkim, którzy po latach wrócili w magiczne miejsce i musieli 'stworzyć magię od nowa' oraz zgłaszam do zabawy FOTOgra - wakacje na Art - Piaskownica



12/30/2016

miasto we mgle

miasto we mgle
2016 grudzień - Turek





9/01/2016

oddalone

oddalone



















2016 lipiec

8/30/2016

mgliście

mgliście












2016 luty

8/14/2016

idzie burza

idzie burza
2016 lipiec - w drodze

7/26/2016

niebo

niebo
2016 lipiec - moje ulubione...






Copyright © Tyci Kraft , Blogger