Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trendy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trendy. Pokaż wszystkie posty

1/28/2026

Żyć własnym życiem...

Żyć własnym życiem...

Niektórzy wprowadzają w swoje życie zmiany jakby zrywali plaster: szast, prast i po krzyku! Odczuwają krótkotrwały dyskomfort, ale już po chwili zmiana staje się nową codziennością. I tyle. Kropka. Ja natomiast mam zupełnie odwrotnie. U mnie wprowadzenie zmiany w życiu to cały poroces: to jak powolne zanurzanie się w orzeźwiającej wodzie w upalny dzień. Krok za krokiem. Tutaj zamoczyć palczana, tam polać ramiona, zrobić krok w tył. Złapać głębszy oddech, bo zmiana odbiera dech. Po kilku dniach zapominam, że miałam coś zmienić. Wstaję rano i wchodzę w życie ze starymi nawykami, nową motywacją, by coś zrobić, coś zmienić! Dopiero po czasie przypominam sobie, że no przecież już chciałam coś zmienić: mniej sie przejmować, bardziej wierzyć w siebie, jeść zdrowo, ruszyć zadek. Nawet już zaczęłam wprowadzać tę zmianę parę dni temu, ale zapomniałam...

Często oceniane to jest jako prokrastynacja, słomiany zapał, lenistwo...

"Oszukali mnie! Banda decydentów..."

I w tym wszystkim jestem JA. Z moim procesem w każdej dziedzinie, wewnętrznym buntem przeciw "musisz". 

Czuję się oszukana, bo przez ostatnie dwa lata wszyscy trąbili: musisz pędzić, żyć, być, robić! Trend na samorozwój. Nie szkolisz się, nie rozwijasz? Nie żyjesz w pełni. Marnujesz swój potencjał! Musisz być tu, tam i jeszcze w kilku miejscach. Nie jesteś fit? Jesteś leniwa! Sen jest dla mięczaków. Nie masz przestrzeni dla siebie? Zaraz się wypalisz! Sama jesteś sobie winna, że masz 40 lat i nie podróżujesz po świecie zarabiając pasywnie na dziesięciu nieruchomościach i pięciu e-bookach. Pieniądze to nie wszystko - ważne są marzenia... 

W kim powyższy akapit wywołał stres? Bo we mnie tak! Kiedy? Jak? Ja się nie nadaję... I kiedy ja w końcu pogodzona z losem odpalam wrotki i nabieram rozpędu świat dochodzi do wniosku, że czas na zmianę. Ja jeszcze nie zdążyłam wprowadzić w życie tej jednej, a tu już: nowy rok - nowe trendy!

"Oszukali mnie! Banda decydentów..."

Bo teraz trzeba refleksyjnie...

Bo oto wchodzi on - trend 'Poetcore' i mamy zwolnić, wyluzować, znaleźć równowagę w rzeczywistym świecie ograniczając aktywność w świecie wirtualnym. Wraca moda na pisanie listów, pamiętników. Znowu trzeba coś zmienić...

Ten nowy trend pojawił się jako odpowiedź na tempo współczesnego życia w świecie przesytu, algorytmów i "głośnych" trendów. Coraz więcej ludzi szuka czegoś, co jest autentyczne, spokojne i pełne sensu. To estetyka inspirowana literaturą (poezją), nostalgią i głębokim przeżywaniem codzienności, gdzie zamiast szybkich zmian stawia się na refleksję, subtelność i własną opowieść, a nie "pokazówkę". Ludzie czują potrzebę zatrzymania się i wyrażenia swojej wewnętrznej wrażliwości i opowieści.

Serio? Nagle okazuje się, że to, jak żyję jest OK i niewiele muszę zmieniać...? 

A trend po japońsku?

W Japonii brak motywacji, problemy ze zmianą swojego życia są sygnałem braku równowagi organizmu, a nie wadą charakteru. Zmiany mają odbywać się w zgodzie z człowiekiem, a nie robić w jego życiu totalną rewolucję!

Praca nad zmianą w życiu odbywa się poprzezróżne techniki: Kaizen uczy, że wystarczy codziennie zrobić minimalny krok naprzód; Ikigai pomaga odnaleźć sens w tym, co robimy na co dzień; Shoshin przypomina, by zachować umysł początkującego i nie wiedzieć "za bardzo"; Hara Hachi Bu zachęca do umiaru i słuchania sygnałów ciała; Wabi-sabi pozwala zaakceptować niedoskonałość i zmienność; Oubaitori uczy, by nie porównywać się z innymi, bo każdy dojrzewa w swoim tempie; Ganbaru zachęca do wytrwałość i dawania z siebie wszystkiego w podjętych działaniach; a do tego Shinrin-Yoku (Kąpiele leśne) zaleca spędzanie czasu w naturze w celu redukcji stresu i regeneracji umysłu; a Zanshin pomaga pozostać uważnym i obecnym także po wykonaniu pierwszego kroku.

No i czy to nie jest piękne?!

Piękne, dlatego "ja wysiadam"

Powtarzałam to już setki razy: "niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam..."! Może to wiek, może charakter i upór, ale nie nadążam. Może jest to też przyczyną, że mój biznes kuleje, bo zanim ja coś zmienię, wprowadzę w życie, to świat już jest w zupelnie innym miejscu. 

Nie nadążam i już nawet nie próbuję. Skłaniam się zatem ku japońskiej filozofii. Małymi krokami wprowadzam zmiany, które czuję, że są mi potrzebne. Po jakimś czasie stają się one nawykiem i codziennością. Staram się nie porównywać i być wtrwałą. Chcę ćwiczyć - zaczynam od tego, by choć iść na spacer, ćwiczyć 15-20 minut. Pracuję nad swoimi słabościami: zapisuję, by nie zapomnieć. Słucham zamiast gadać. Mówię o tym, co czuję. I czuję się z tym dobrze.

A najpiękniejszy był ten moment, kiedy poczułam w sobie i całą sobą, że mogę po prostu żyć własnym życiem. Że jestem jaka jestem. Nie jestem złym człowiekiem, więc nadal mogę żyć po swojemu, być sobą. To zmienia w głowie wszystko: ta świadomość, że jestem wystarczająca. Nie muszę gonić za trendami, mogę wprowadzać zmiany po swojemu i w swoim tempie. Nie muszę pisać trzech stron A4 strumienia świadomości, żeby poznać siebie, odnaleźć siebie i opanować chaos w moim życiu. Mam prawo popełniać błedy, naprawiać szkody, machać ręką na błahostki i wstawać rano z poczuciem, że jest dobrze. Słucham siebie, ludzi, wybieram to, co dla mnie dobre i zatrzymuję. Resztę puszczam (a przynajmniej się staram). 

Tak działa moja głowa. Tak płynie moje życie. Nie jest idealnie. Nadal chciałabym mniej się przejmować - mieć więcej pewności siebie. Ale jest dobrze. Może dla niektórych jestem nieco dziwna, infantylna. Ale coraz częściej słyszę, że to co mówię, to co piszę, to co robię sprawia, że ludzie czują w środeczku miłe łaskotanie. I dlatego niech mówią, że ja to "zawsze inaczej, zawsze po swojemu". Bo dla mnie "po swojemu" to właśnie najlepiej, jak tylko może być.



1/26/2013

Niech mi moda wolność odda

Niech mi moda wolność odda


Będąc małą dziewczynką byłam niewolnicą lakierek i 'lambadówki'. Był też czas na 'plastiki' i sandały na piance z kolorowymi szerokimi gumami. Były skarpetki z koronką, a jak ze Szwecji przywiozłam kolorowe adidasy na rzepy to moja pozycja w społeczeństwie szczerbatych pierwszoklasistów przewyższała pozycję nauczyciela. Krótko mówiąc: 10 punktów do rispekta ;) Kto kojarzy 'plastiki' i 'lambadówki', ten wie o czym mówię. Kto miał coś fajnego i kolorowego, ten miał murowane miejsce na placu zabaw. Tak było, kiedy Polska wychodziła z szaro-burej rzeczywistości podszytej granatowym drelichem. Dochodziło nawet do tego, że fajne buty mogły ci załatwić parę spraw. Na przykład kiedyś na placu zabaw w kolejce do huśtawki dziewczynka na niej siedząca wskazała na mnie paluszkiem i powiedziała: ‘Chcę, żeby teraz ta dziewczynka się huśtała, bo ma ładne lakierki’. No i proszę! Byłoby fajnie, tylko że jej tatuś okazał się uczciwy i nie wpuścił mnie w kolejkę.

W czasach podstawówki była moda na sportowe rzeczy. Pierwsze adidasy z odpowiednimi znaczkami, bluzy z owockami i spodnie Picaldi. To były czasy... A potem w liceum już nie było tak łatwo. Po kilku próbach bycia modną poddałam się. Nigdy nie byłam na czasie. Nawet jako dziecko te słynne lakierki dostałam po kimś, bo były za małe. Moi rodzice nigdy nie uważali, żeby moda była ważna, aż w końcu i ja doszłam do tych samych wniosków. Szkoda mi było kasy, żeby wiecznie być modną, bo zanim uzbierałam na najmodniejszą bluzę, już sto innych rzeczy było bardziej na czasie. Tak więc złożyłam broń i znalazłam swój własny styl, czyli brak stylu, który gdzieś tam dryfuje pomiędzy praktyczną wygodą, a klasyczną elegancją. Czasem ocieram się o najnowsze trendy, ale raczej kupuję to, co mi się akurat spodoba i to co pasuje do mojej figury niskiego grubasa w rozmiarze 38 ;), niż to, co jest właściwie modne.

Tak więc zatem i prosto z mostu dziś jako dorosła kobieta apeluję! Niech mi moda wolność odda! Mam dosyć 'najnowszych trendów' i 'obowiązkowych kreacji na ten sezon'. Nie ma w sklepach nic innego, jak to co akurat na topie! Nie dam rady wcisnąć choćby na łydkę spodni, których nogawka jest węższa od mojego rękawa! Nie dam rady nosić swetra, którego dekolt jest większy od niego samego! Ja chcę prawdziwe jeansy! Bez dziur, bzdurnych przebarwień! Z większością bawełny w składzie, klasyczne, najlepiej granatowe z lekko rozszerzaną nogawką! Chcę przytulne swetry! Ja chcę w sklepach ciuchy naturalne dosłownie i w przenośni! No!

PS: Pozdrawiam wszystkie Panie, które gdzieś w głębi duszy czują to, co ja.







Copyright © Tyci Kraft , Blogger