Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przerabianie ubrań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przerabianie ubrań. Pokaż wszystkie posty

8/22/2018

Żyrafa otwiera szafę, czyli...

Żyrafa otwiera szafę, czyli...

... tym razem udane przeróbki ubrań i nowe gacie ;)


Było to w zeszłym roku, kiedy po raz kolejny zmierzyłam się z wyzwaniem 'UBRANIA'. Bo ja Wam mówię serio: plecaki, kosmetyczki, anioły to pikuś. Ty weź człowieku uszyj coś do ubrania i jeszcze, żeby to wyglądało! ;) Zaglądają tu krawcowe, które trzy-czwarte własnej szafy uszyły same, ale ja jakoś ubrań się specjalnie nie tykam. Wystarczy przypomnieć sobie, jak zdradzałam Wam łóżkowe tajemnice przy okazji prezentując gacie patchworkowe własnej produkcji. Dostałam nawet dwa pozytywne komentarze, ale nie bójmy się tego powiedzieć: gacie dupy nie urywały ;) Pocieszające jest jeszcze fakt, że mam je do tej pory, więc samo szycie poszło nieźle ;) Gorzej z wykrojem. Tak więc tym razem zaopatrzyłam się w odpowiedni (nie pamiętam, gdzie, ale chyba gdzieś TU), posklejałam taśmą i dawaj! Rach-ciach, szyju-szyju i są szorty. 


I teraz UWAGA, co następuje: po PIERWSZE wykroiłam rozmiar XL. Bo stwierdziłam, że przecież muszą być luźne do spania. Poza tym jakoś mi tak z pomiarów wyszło i nie wiedziałam też, czy wykrój zawiera zapas na szew, więc wydało mi się logiczne wycięcie większych ;D  Słyszę śmiech? Śmiejcie się, ale gacie mam! ;) Po DRUGIE: przyznam się z chichotem w tle, że wykrój przeleżał w szufladzie rok, więc jak widzicie mam niezłą średnią ostatnio ;)

W drugiej części wpisu będzie o przeróbkach sukienki, która czekała na swoją kolej ponad cztery lata ;) Oraz spodni, które czekały prawie dwa lata... ;) Bo ja to po fatalnych doświadczeniach z pewnymi przeróbkami, to do kolejnych zabieram się jak pies do jeża!

Ale do rzeczy. Z sukienką historia jest taka, że dostałam ją od Siostry, kiedy byłam studentką. Ale lat przybywa, kilogramów też. Przestałam się w nią mieścić, ale naiwnie wierzyłam, że kiedyś się wezmę, że po ciąży się wezmę i schudnę, i wtedy ona będzie na mnie dobra. Trzy lata później przestałam być naiwna i zaczęłam szukać sposobu, by ją poszerzyć. W zeszłym roku kupiłam już materiał, ale wspomniane fatalne przeróbki zniechęciły mnie ostatecznie. W tym roku jednak udało mi się zwęzić męską marynarkę w ramionach ('oversize' jest fajny pod warunkiem, że nie wyglądasz przy tym jak Robocop ;)) i to zachęciło mnie do dalszych działań. I tak powstała nowa wersja sukienki. Oczywiście, że nie mam zdjęcia 'PRZED', ale po zdjęciu domyślicie się, że wszystkie kwiatowe wstawki, to moja robota ;)


Jak widać zmieniłam też górę sukienki. Wcześniej było tam coś na kształt stanika bikini - no wiecie: dwa trójkąty. Fajnie, ale jakoś mi goło było, bo dekolt za duży ;) Powstała taka lekko marszczona konstrukcja.


No powiem Wam, że może zdjęcia tego nie oddają, ale wyszła naprawdę ładnie. Nawet moja Mama się nie poznała i myślała, że taką kupiłam. Nie wiem, czy to dobrze świadczy o mnie, czy źle o jakości obecnych ubrań? ;) Nie ważne. Ważne, że chociaż w części odratowałam sukienkę, którą BAAAARDZO lubię :)

I na koniec spodnie, które są potwierdzeniem, że jak się umie choć trochę szyć, to można spełniać swoje ciuchowe marzenia. Przerobiłam je już w czerwcu i niewiele miałam okazji w to upalne lato, by je założyć, ale jednak już je miałam na sobie, wypróbowałam i KOCHAM!

Wielkie babcine portki kupiłam dobrze ponad rok temu w ciucholu. Spodobała mi się ta krata i marzyłam o zwężanych spodniach z takiego materiału. Nosiłam jednak wielkie babcine portki, bo krój okazał się nie najgorszy: proste, dość szerokie nogawki, dopasowane na tyłku - do trampek dawały radę. Ale na wiosnę w końcu nie wytrzymałam. Pomyślałam: "uda się, to SUPER! Nie uda się: pójdą w kosz - trudno". Sprułam nogawki, ale z powodu chorób Małego Człowieka, braku weny i ogólnego wiosennego 'mam wszystko w D. i dlatego jest ona coraz większa!' porzuciłam je aż do czerwca, kiedy to planowałam wyjazd na wakacje i stwierdziłam, że CHCĘ TE SPODNIE!


I się wzięłam za nie wzięłam ;) Układałam je sto razy, przymierzałam dwieście. Ale udało się! Czy ja już wspominałam, że je KOCHAM? Tak? A, no to już wiecie. 

I na tym kończymy dziś krótki przegląd mojej szafy. Nie, nie doczekacie się raczej sesji ze mną w roli głównej, bo Mr. T. tak komicznie mnie sparodiował w modelkowym wcieleniu, że poległam i przed obiektywem w życiu Romana nie stanę! ;)

Na dziś to tyle :) Ściskam Was wirtualnie. PA!





4/03/2018

Domowe pogotowie krawieckie + wyniki ;)

Domowe pogotowie krawieckie + wyniki ;)
Wszystkie kreatywne głowy, wszystkie użytkowniczki maszyny lub choćby igły z nitką zapewne znają to uczucie: 'szkoda wyrzucić - może coś z tego zrobię'. I tak cerujemy stare swetry - bo kochamy je ponad wszystko, szukałyśmy je tygodniami, a przecież dziurka przy guziku to jeszcze nie powód, żeby wyrzucać! Przerabiamy sprany t-shirt męża na koszulkę do spania - przecież jeszcze się nada ;) I takie tam... Zresztą no przecież SAME WIECIE! ;)

Ja - na wspomnienie pewnych tragicznych przeróbek - starałam się ich unikać, ale przygotowując powoli szafę do wiosny no po prostu nie wytrzymałam, bo nie mogłam...! Ale o tym za chwilkę. Na początek wyjaśnienie tego, co kryje się na zdjęciu powyżej. To efekt farbowania tkaniny lodem. Kiedyś, gdzieś to zobaczyłam i po prostu musiałam spróbować! I wyszło tak:

Koszulkę kupiłam przy okazji zakupów na sznurek na dywanik. Był to golf i już miałam go pociąć, kiedy dostrzegłam w nim potencjał: koszulka do spania! Ale taka biała, to mi trochę nie pasowała, więc postanowiłam, że to doskonała okazja, żeby spróbować. Jak to się robi? Ano ja to zrobiłam tak: przypięłam suchą koszulkę do plastikowej miski, położyłam kostki lodu i posypałam je barwnikiem do tkanin. Odczekałam, aż się zafarbuje tak, jak chcę, po czym wypłukałam dokładnie, potem jeszcze raz z octem, i jeszcze raz z solą - tak na wszelki wypadek ;) A potem wyprałam ręcznie i wysuszyłam. Niestety przy płukaniu zafarbowała cała koszulka. Przed był taki fajny efekt kleksa na białym, ale i tak się nią zachwycam!

Druga przeróbka prosta jak drut: skrócenie tuniki. Ale! Żeby tylko skrócenie. Dodałam jeszcze rozpierdaczki po bokach i to (prawie) profesjonalnie podszyte!


No tak to się ma, kiedy jest się konusem. Myślałam, że tunika da radę jako sukienka, ale bez podszewki miałam ją po dwóch krokach pod pachami ;) Nie chciało mi się szyć podszewki / halki, to została tuniką po tuningu ;)

I ostatnia przeróbka. Tu powiem Wam, że poszło pełne skupienie, kilka prób. Kupiłam materiał, zamek i w totalnej ciszy - nie wiem jakim cudem z Małym Człowiekiem w domu, ale jednak - UDAŁO SIĘ! Przerobiłam płaszczyk, który kocham, którego wyrzucić po prostu nie umiem! Kupiłam go jeszcze w Irlandii. Był zapinany na pętelki i guziki. Po ciąży przybyło mi, jak wiadomo wszem i wobec, a że dyscypliny u mnie zero, to zrzucić nie umiem. No i przeglądając wiosenną garderobę spojrzałam na niego ze smutkiem - brakowało dosłownie centymetra, żeby się ładnie dopiął ;( Myślę, że sam zamek by wystarczył, ale że ostatnimi czasy wolę rzeczy z modowej grupy 'oversize' to dodałam mu kilka centymetrów więcej i wygląda tak:


Ogólnie efekt końcowy mnie nie zachwyca: pikówka nie jest do końca tak matowa, jak chciałam, a zamek faluje (ale pocieszam się, że we wszystkich moich płaszczach tak faluje). Jednak jestem szczęśliwa, że uratowałam płaszczyk, nadal mogę w nim chodzić i kocham go przez to jeszcze bardziej! ;) Jak widać dodałam też pasek przy kapturze - dzięki temu wyszło jakoś bardziej spójnie, no! :)

No i to tyle przeróbek. Nie będę ukrywać, że to nie ostatnie, ale czekam na kolejne chwile ciszy i weny ;) A na koniec chciałam jeszcze ogłosić wyniki rozdania, które ogłosiłam TU (pamiętacie jeszcze?), a skończyło się PIERWSZEGO KWIETNIA ;) Tylko trzy z Was wyraziły chęć posiadania fartucha, ale żeby nie było - odbyło się losowanie i... Ta-tara-taaaaaa! Ogłaszam, że fartuszek wylosowała:


Dodam, że dla większej sprawiedliwości zamknęłam oczy przed naciśnięciem STOP ;) No i to nie jest primaaprilisowy żart: oddaję Tobie fartucha! I Ty teraz weź Kobieto się ze mną skontaktuj na e-mail, poproszę i podaj adresik, żeby mój gołąb pocztowy trafił we właściwe okno. Umyłaś okna, co nie? ;)

No i to tyle na dziś. Po Świętach, jak obiecywałam ruszyłam z kopytka. Na razie w tempie objuczonego osła, ale daję radę ;) No to do następnego razu. Ściskam i przesyłam serdeczności, PA!




9/06/2017

historia pewnych tragicznyh przeróbek

historia pewnych tragicznyh przeróbek
tytuł wpisu mówi sam za siebie ;) bo chyba wszyscy wiedzą, że nie zawsze się udaje. uczymy się na błędach lub nie ;) ja właściwie za każdym razem uczę się czegoś nowego, bo najczęściej szyję coś nowego dla mnie... ;) nie ściągam wykroju - sama je rysuję lub to, co się da wycinam na oko ;) nauczyłam się, że warto używać szpilek - ZAWSZE! ;) nauczyłam się, że nie wszystko, co w głowie wygląda pięknie, wyjdzie mi tak samo w rzeczywistości, bo jak to kiedyś sama powiedziałam: 'nie zawsze ręka dźwiga potęgę mojej wyobraźni' ;) TAK, JESTEM SAMOUKIEM! kilka drobiazgów, podstawowych podstaw nauczyła mnie Mama i Babcia, ale generalnie wszystkiego uczę się sama. 

czytając mojego bloga wiecie też, że często mi się zdarzają wpadki, ale też, że się nie poddaję ;) tym razem jednak poległam i dałam sobie na luz. przynajmniej w połowie, przynajmniej na razie ;) 

o co chodzi? o z pozoru proste przeróbki, które totalnie mi się nie udały. pierwsza pod nożyczki poszła plisowana koszulka wiązana na szyi z boku.
kiedy lata, lata temu ją zobaczyłam - zakochałam się we wzorzystym materiale i kroju, i postanowiłam, że muszę ją mieć ;) nie widać na zdjęciu dołu, ale jest rozkloszowana jak spódnica i krojem przypomina 'pillow case dress' ;) wiązanie na szyi jednak bardzo mi nie pasowało: jakoś czułam, że mnie przydusza. w dodatku okazało się, że nawet tak prosty krój można spartolić, bo koszulka się skręcała i ogólnie wyglądała słabo. wiele lat spędziła w torbie pt.: 'na ubrania nie noszone, które szkoda wyrzucić'. i w końcu, w połowie sierpnia wymyśliłam, że ja przerobię.


wycięłam pasek na ramieniu, odcięłam długie końce. to, co było przyszyte do przodu i tyłu potraktowałam jako tunel i zrobiłam prawdziwą 'pillow case' koszulkę. działa! okazało się jednak, że i teraz nie pasuje do mojej figury i tym sposobem przeniosła się do torby pt.: 'do oddania'.

drugą tragiczną w skutkach przeróbką sierpnia była sukienka. zobaczyłam ją na manekinie w ciucholu. pomyślałam: 'cuuudo!', a Mr. T. mnie namówił: 'kup. dziś 12 zł za kg. na pewno będzie tania, to najwyżej przerobisz sobie jakoś'. 


piękna, prawda? ale miałam wątpliwości, bo już w przymierzalni nie byłam pewna, czy przeróbka coś da... jednak 3 zł pomogło podjąć decyzję. 'biorę. najwyżej przerobię'. słabo to widać na zdjęciu dlatego kilka słów o sukience. dwuwarstwowa: szyfon plus słaba jakościowo, ale do przeżycia podszewka ;) dół sukienki falbaniasty. sukienka jest na szerokiej gumie, która robi za stanik - dla mnie za mały, za wąski, nie w moim stylu, weeeź! ;) 


i znowu najprostszy pomysł: obciąć gumę i zrobić coś na kształt 'pillow case dress' ;) zaczęłam nawet nieźle, bo zanim odcięłam gumę to przeszyłam sukienkę, żeby warstwy zostały razem ;) potem było już gorzej. okazało się bowiem, że falbany są przyszyte po fali: z przodu wyżej, po bokach niżej przez co dramatycznie podkreślają mankamenty mojej figury ;) próbowałam różnych długości, a nawet opcji: spódnica. wszystko NIE TAKIE! byłam już zrezygnowana i zmęczona, i chciałam ją po prostu wywalić do kosza, ale jeszcze schowałam ją... może kiedyś... ;)

i tak oto w sierpniu dokonałam dwóch tragicznych w skutkach przeróbek ;) ale co tam! na dwóch drobiazgach świat się nie kończy ;) a Wy macie podobne doświadczenie na swoim koncie? ;) 

na dziś to tyle, ale ja tu jeszcze wrócę! i to już niebawem ;) pozdrawiam, PA!




Copyright © Tyci Kraft , Blogger