Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekarz. Pokaż wszystkie posty

12/18/2013

Zapiski debiutującej Ciężarówki - część druga

Zapiski debiutującej Ciężarówki - część druga

 Przychodzi baba do lekarza, a lekarz na to: "niemożliwe!"

W ciąży trzeba zadbać o dwie ważne sprawy. Po pierwsze o dobrego lekarza, a po drugie o wygodną kanapę. O tym drugim będzie przy innej okazji. Pozostańmy zatem w temacie służby zdrowia. Od razu powiem, że ja do państwowej nie mam cierpliwości, zatem od razu wiedziałam, że będę szukać prywatnego gabinetu. Że drogo? No tak - nie wszystkie nas na to stać. To przykre, że takie są czasy. Jednak stwierdzam, że opinie o państwowej opiece ginekologicznej nie nastawiły mnie pozytywnie. Dodatkowo nie cierpię tych kolejek, w których się człowiek nasłucha o rozwarciu, bólach porodowych i powikłaniach. A po co mi to? Umawiam się na godzinę, wchodzę, płacę i wymagam.

No i właśnie ta kwestia "płacę i wymagam" często stanowi problem, a nie powinna. Skoro płacę minimum stówę za wizytę (standardy średnich miast), a w dodatku szuflada nikomu nie nakabluje ile tych stówek wpadło do niej w ciągu dnia, to mógłby się ten lekarz chociaż postarać. Nie zawsze niestety tak jest. Często w gabinecie czegoś brakuje: a to aparatura do USG już swoje w życiu widziała i przez to nie wszystko da się na niej zobaczyć, czy usłyszeć. A to doktorek robi miny, kiedy zadajemy za dużo pytań. Jaka jest na to recepta? Zmienić doktorka, albo drążyć do skutku.

Może to się wydawać błahe na początku i częste wizyty zdają nam się wręcz naciągactwem zwłaszcza jeśli nasza ciąża przebiega bez problemów i zakłóceń. Ale uwierzcie mi: dobry lekarz to prawdziwy skarb! Teraz - pod koniec ciąży - najchętniej chodziłabym dwa cztery na dobę z podpiętym do brzucha KTG i USG, a komunikacja z moim lekarzem w trakcie wizyt jest dla mnie, jak miód na serce. Nie boje się zapytać o cokolwiek - nawet o głupoty typu: "czemu mnie boli o tu, kiedy zakładam buty?" ;)

Przy pierwszej ciąży... zresztą przy drugiej, piątej i siódmej masz prawo pytać o wszystko! Za to płacisz, tego oczekujesz i to ci się należy! Nie zakładaj z góry, nie licz na to, że po powrocie z gabinetu doktor Google ci pomoże! Zapomnij o 'Ciotkach Dobra Rada', które wiedzą wszystko najlepiej i na forum cycusmamusi.pl dzielą się informacjami i swoimi spostrzeżeniami. To twój lekarz ma ci wszystko powiedzieć! A skoro nie potrafisz się z nim dogadać, to znaczy, że nie jest on człowiekiem przystępnym i po prostu go zmień! Masz do tego prawo! Nie interesują mnie wyjaśnienia, że on już tak ma i jest ironicznym ignorantem. Owszem: takich, jak Ciężarówek to on ma na pęczki, ale z mojej perspektywy ja jestem jedyna i niepowtarzalna i chce być tak traktowana!

Pytanie z forum: "Na co jest luteina, bo mi lekarz przepisał? Któraś z was to brała? O co chodzi?" Kobieto! Serio?!?! Czemu nie spytałaś lekarza?! Skoro ci przepisał, to miał swoje powody, ale to nie jest jego tajemnica! To ty będziesz sobie aplikować te tabletki i musisz wiedzieć po co, na co!!

Tak więc życzę powodzenia. Ja zmieniłam lekarza z przymusu, ale trafiłam na bardzo dobrego specjalistę, który wszystko mi mówi, nawet jeśli ma jakieś wątpliwości! Dzięki temu wiem, że jest ze mną szczery i znam stan swojego Małego Człowieka. Nie boję się pytać, a informacje w Internecie traktuję jedynie jako uzupełnienie i potwierdzenie tego, co już wiem. I pamiętaj też, że w ciągu tych 9 miesięcy musisz słuchać lekarza! To co powie jest święte, no chyba, że bredzi, wtedy go zmień!

A teraz zgodnie z zaleceniami mojego lekarza idę się położyć na średnio wygodnej kanapie. Lekarza mam dobrego, a nie można mieć wszystkiego, prawa? ;)


PS: Tytuł poprzedniego wpisu, części pierwszej zaczynał się od słowa "Pamiętnik..." Postanowiłam jednak zmienić tytuł cyklu, bo wydaje mi się, że to coś więcej niż pamiętnik, a trochę mniej niż poradnik. Tak więc uznajmy, że są to zapiski, przemyślenia, rozważania...





2/18/2011

wlepka na moim ciele

wlepka na moim ciele

Kilka ładnych lat temu odwiedziłam lekarza, do którego panie chcąc, nie chcąc, raz na jakiś czas pójść muszą. Nie była to naturalnie ani pierwsza, ani ostatnia wizyta, ale doświadczenie było wyjątkowe. Pan ginekolog - luzak w każdym calu żuł gumę przez cały czas. Jego ciamkanie nieco rozpraszało moją uwagę, którą chciałam skupić na konkretach: "daj pan te recepty i spadam!" A pan do mnie: "Ćlamk, ćlamk, proszę się rozebrać, ćlamk i tam na fotelik proszę, ćlamk." Oczywiście... Na koniec pan pokiwał głową, poćlamkał jeszcze parę razy i w trosce o moja wątróbkę, nie zważając na moje protesty i jęki, przepisał mi plasterki antykoncepcyjne. O zgrozo!! Pierwszy przykleiłam dumna z siebie, że niby taka tryndy i nowoczesna jestem. Przestałam z siebie być dumna, kiedy 10 minut później nie czułam nic innego jak tylko wlepkę na moim ciele. Wszystko zgodnie z instrukcją, na sucho i w odpowiednim miejscu. Powiem szczerze, że darowałam sobie ramionka i łopatki, bo aż tak dumna nie byłam. Wlepka odmawiała współpracy. Zaczęła się marszczyć i zawijać rogi! Po kilku godzinach wlepka wyglądała jakby była tam co najmniej miesiąc. Tydzień później zmiana. I tak do końca... Po miesiącu idę w bojowym nastroju do ćlamkającego pana. Mówię do niego "Psze pana. Ja już nie chcę tych plasterków. Ja wiem, że to dla mojej wątróbki, żołądka i innych tam we środku, ale ja już nie chcę!" A pan do mnie: "Bo pani chyba za nerwowa do tego jest" No kutwa pewnie, że nerwowa. Od miesiąca nie wzięłam długiej relaksującej kąpieli, bo niby nie wolno, to jak mam być, kurka, zrelaksowana!! Mam wysypkę!! Nie, nie chcę na nią kremiku, bo ja już nie chcę wlepek! "No i czego się pani tak denerwuje?" Już się nie denerwuję...
Copyright © Tyci Kraft , Blogger